Category

Bez kategorii

Bez kategorii

III Spotkanie Świadomych Bloegerek

Spotkanie Świadomych Bloegerek

W świecie blogów jestem już od wielu lat. Miałam okazję bywać na kameralnych spotkaniach, ale również na tych dużych, masowych. Bywałam na nich pod różnymi szyldami (nazwami), za co jest mi wstyd, ale ważne, że miałam odwagę bywać.

W listopadzie tego roku udało mi się załapać na Spotkanie Świadomych Blogerek w jego trzeciej odsłonie w Bydgoszczy. Przyznam, byłam trochę sceptycznie niestanowiona. Ostatnie kameralne spotkanie, na którym byłam, było stratą czasu. Bardzo chaotyczne i ciągnęło się jak flaki z olejem, ale w zasadzie pojechałam specjalnie, aby kogoś poznać, więc spoko. Tym razem spotkanie było zupełnym przeciwieństwem.

Jadąc na spotkanie, planowałam wyjść wcześniej z niego. Nie zrobiłam tego, bo za szybko minął mi czas i szkoda było uciekać. A skoro o czasie mowa, był bardzo przez organizatorkę pilnowany. Ta kontrola sprawiła, że wszystko szło sprawnie i człowiek się nie nudził. Miłym było też to, że organizatorka dopilnowała, jakie prezenty, dla kogo. Przynajmniej nie było żadnych niedomówień, bo sporo tego w koło stało.

O wykładach słów kilka

Po pierwsze rozmowa pań, trochę o biznesowych tematach, czego mam chwilowo przesyt, ale… Potem wszystko skupiło się na wspieraniu siebie nawzajem jako kobiety. Słuchałam tego z więcej niż nutką zazdrości. Zazdrościłam dziewczynom, że się znają i obgadują sprawy biznesowe. Wartością dodaną jest fakt, że każda pracuje w innej branży i ma świeże spojrzenie na sprawę drugiej. Pracując w pojedynkę, bardzo człowiekowi brakuje kogoś, z kim może coś obgadać. Już nawet nie chodzi o to, że muszą być to różne dziedziny. Chodzi o samą możliwość rozmowy.

Katarzyna Dolak-Mazurek: http://milosneprawojazdy.pl

Agnieszka Sowa-Wlazły: http://www.sleepyowl.eu

Agnieszka Świtała: https://www.instagram.com/so_fa_art/

Katarzyna Bednarska: https://malcollection.pl

Drugie wystąpienie było o kosmetykach, a w zasadzie o ich składach i dlaczego nie opłaca się ich analizować, jeżeli nie mamy w tym wykształcenia. Pamiętam czas większego dbania o włosy i zwracania uwagi na skład, ile ja wtedy błędów popełniałam. Teraz już się nim tak nie przemyję i moje włosy wyglądają lepiej, ale… Zdjęłam klapki z oczu, że konserwanty nie są złe, a wręcz potrzebne. Przecież nawet ogórki czy kapusta kiszona je mają. Jeżeli obecnie patrzę na skład, zwracam głównie uwagę na jego długość. Czasami sprawdzam, gdzie w składzie jest ten super składnik, który wymieniają jako główny. Jak widzę go przy końcu, odstawiam kosmetyk na półkę.

Marta Majszyk-Świątek: http://martamajszyk.pl

O trzecim wystąpieniu tylko wspomnę, nie wypada przemilczeć. Mowa była o kwestii identyfikacji wizualnej, którą sama się zajmuję, więc nie mam o czym pisać.

Weronika Flis: http://www.moyemu.com

Miejsce było bardzo klimatyczne

Spotkanie Świadomych Blogerek odbyło się w Willa Secesja. Nie koniecznie moje klimaty, ale szczękę zbierałam z podłogi po wejściu. Cały wystrój był dobrany pod nazwę. Nawet toalety pasowały. Nie wiedziałam, że w Bydgoszczy jest takie miejsce. Co ciekawe, kiedyś często kilka kroków dalej od tego miejsca przechodziłam.

Na spotkaniu był bufet ze sporą ilością jedzenia. Ryzykowałam bez pytań, czy jest bez glutenu, ale nic mi potem nie było, więc nie jest źle. Ogólnie jedzenie było ok, ale bardzo mi to pasowało do całego wystroju. W tym całym anturażu było smacznie.

Na zakończenie Spotkania Świadomych Blogerek był tort. Tym razem mogłam tylko popatrzeć. Czasami w takich momentach śmieje się, że ja się po prostu odchudzam. Jednak się przyzwyczaiłam, że momentami muszę obejść się smakiem.

Karolina Kasznia (tort): https://www.instagram.com/kkaszkk/

Pozostali partnerzy i licytacja na cele charytatywne

Jak to na kameralnych spotkaniach bywa, nie można zapomnieć o sponsorach. Przy dużych również są, ale ciężko byłoby ich czasami w relacji wymienić. Tutaj też ich trochę było, bo i cel był szczytny. Było sporo rzeczy, które były licytowane, a cały dochód został przekazany na fundację Mali Wojownicy. Bardzo spodobał mi się ten pomysł i pierwszy raz się z takim spotkałam.

Wszystkie zdjęcia we wpisie są autorstwa Lady Amarena. Sama żadnych nie robiłam. Pewnie i tak by nie wyszły, bo miałam przy sobie telefon z gorszym aparatem. A tak? Zdjęcia cieszą oko.

Podsumowanie

Akurat w tym samym czasie co Spotkanie Świadomych Blogerek, czyli 23 listopada (przy dużych imprezach to zazwyczaj dwa dni) odbywał się Festiwal Kobiet w Gdańsku. Miałam dylemat, na które spotkanie się zgłosić. Nie żałuję postawienia na kameralność. Miałam okazję poznać nowe, fajne osoby, a tak pewnie bym się przemykała anonimowo w tłumie.

sierpień 2019
Bez kategorii

Małe co nieco sierpnia

Sierpień mnie bardzo miło zaskoczył. Zapowiadał się nudnym miesiącem, w którym pewnie coś tam wyjdzie, ale nie ma się na co nastawiać. A jednak sporo zniknęło z mojej listy zaległości.

Bardzo polubiłam się z zeszytami w kropki, ale w życiu te kropki nie koniecznie chciały się łączyć. Kiedy już niby im wyszło, tworzyły coś niekształtnego, z czego nie można było nic odczytać. Fusy w filiżance po kawie rozpuszczalnej się lepiej układały niż te moje kropki. A jednak sierpień wstępnie spisany na straty, udowodnił, że źle go oceniam i połączył kropki w przepiękne obrazy.

Wrześniowe plany

Września nie spisuję od razu na straty, choć tutaj mam ku temu powody. I chociaż z dłuższego wyjazdu nici, będzie sporo czasu na odpoczynek od pracy. Nie przepadam za systemem odrywania się co chwilę, ale to właśnie zasługa sierpnia, że nie przeraża mnie ta wizja.

  • Zmiana systemu organizacji. Wrzesień zapowiada się częstym oderwaniem od pracy, więc postanowiłam wypróbować u siebie pracę w blokach tematycznych. Mam tendencję do wrzucania w plan dnia tysiąca zadań z wielu dzianin, a potem wkurzam się na siebie, że nic nie zrobiłam.
  • Zmiana perspektywy patrzenia. W sierpniu doszłam do wniosku, że brakuje mi patrzenia z góry na cały rok. Niby mam coś popisane, ale nie tak, aby kropki odpowiednio się połączyły.
  • Przygotowanie treści na tak zwany zapas. Miałam podobne plany na lipiec, nie wyszło. W sierpniu też kulało, ale wybaczam temu miesiącowi. Myślę, że bloki tematyczne pomogą mi we wrześniu to opanować.
  • Szykowanie się do reorganizacji strony. Będę do znudzenia powtarzać, że obecny szablon jest do zmiany. Poza tym chcę, aby sklep działał profesjonalnie i był z automatyzowany na tyle, w jakim stopniu pozwolą na to oferowane produkty. Bycie artystą to jedno, ale moja ścisła natura też ma coś do powiedzenia.

W próżni wisi jeszcze e-book. Sierpień był tak dziwny, że nawet nie mam do siebie pretensji, że jeszcze nie reklamuję tego dzieła. Zależy mi na czymś bardzo uniwersalnym, co nie jest trudne w realizacji, ale gdzieś uciekł mi czas na wykonanie. Za bardzo się rozdrobniłam z zadaniami.

Jeszcze to do mnie w 100% nie dochodzi, ale patrząc na kalendarz, we wrześniu będę mało mieszkać w domu.

Za krokiem krok

Sierpień był wbrew pozorom bardzo pracowity. Może dlatego spisałam go na straty? Właśnie z tego nadmiaru pracy śmiałam się, że zaczyna mi odbijać. Czasu na grillowanie było sporo i to właśnie wtedy do głowy przychodziły mi głupie pomysły. Jeden przemilczę i zostawię tylko w pamięci tych, którzy obserwują mnie na InstStory. Drugim jednak chętnie się podzielę, czyli makaronem z grilla.

Z jakiegoś obiadu został mi makaron kukurydziany i stwierdziłam, że skoro mam jeszcze patyczki do szaszłyków… gdyby nie fakt, że to były ostatnie dwa patyczki, reszta makaronu wylądowałaby na ruszcie. Jakie to było smaczne!

Skrzydełka, ryba (dorada) i szaszłyki z makaronu na grillu.

W sierpniu udało się wreszcie uruchomić SKLEP. Jeszcze żadnego agenta nie ma, więc swoje dzieła sprzedaję samodzielnie. Ma to swoje plusy. Teraz składając zamówienie, możesz określić, czy chcesz plakat poziomy, pionowy czy w kwadracie. Wszystko w podanej cenie. Kiedy będzie reprezentował mnie już agent, czyli wkroczy automatyzacja, format będzie tylko jeden.

Sierpień przyniósł też trochę słodkość w postaci smacznych i szybkich deserów. O ile dobrze pamiętam, też w sierpniu, zaliczyłam porażkę z bardzo niesmacznym ciastem. Pomyliłam mąki, robiąc ciasto jogurtowe, ale… Karpatka to już mistrzostwo! Wersja nie tylko bezglutenowa, ale również bez laktozy. Testowana na rodzinie i każdemu smakowało, nawet na drugi dzień. Na trzeci dzień była równie smaczna.

Od lewej: babeczki owsiane z banana z dodatkiem śliwek, jabłka zapiekane z bakaliami i owoce pod kruszonką.
Bezglutenowa i bez laktozowa karpatka.

Sierpień to jedno z ważniejszych wydarzeń, czyli koncert Gole uOrkiestra. Niestety, nie mam zdjęcia. Próbowałam, ale mój telefon nie dał sobie rady. Koncerty na żywo to jednak genialna sprawa.

Suma summarum, sierpień wcale taki zły nie był. Może nie jakiś wymarzony. Może bez fajerwerków. Udało mi się jednak dużo nadrobić, a statystyki mówią same za siebie.

„Fajne rzeczy”

Planner od Design Your Life.

Planner od Design Your life

Z plannera korzystam od początku maja. Mogę więc zrobić mu już podsumowanie, zwłaszcza że to właśnie dzięki niemu patrzę inaczej na organizację czasu.

Po pierwszym przejrzeniu byłam trochę przerażona, że tyle tam zbędnych kartek. No bo po co mi miejsce na notatki w każdym miesiącu. Co ja mam wpisać do “planu udanego tygodnia”. I znowu miejsce na notatki po każdym tygodniu. Zapomniałam jeszcze o „tygodniowym zestawieniu”. Przecież kupiłam, aby sprawdzić, czy to rozwiązanie dla mnie, więc używałam.

Oczywiście miejsce na nawyki znowu okazało się zbędne. U mnie to już normalne, że czasami potrzebuję coś śledzić, a za chwilę już mnie to nudzi. Ogólnie uważam, że kartka trafiona. Miejsce na notatki po każdym miesiącu, mimo początkowego sceptycyzmu, też się przydaje.

„Tygodniowe zestawienie” wykorzystałam do tworzenia jadłospisu lub tylko do pisania tego, co zjadłam. Nie zawsze chciało mi się planować z wyprzedzeniem. Najtrudniejszy do zagospodarowania okazał się „plan udanego tygodnia”. Nie zostawiałam go pustego, ale normalnie zapomniałam tam zaglądać. Planowałam kolejny, czytałam listę, robiłam nową i w końcu, i tak to olewałam.

Asana

To była miłość od drugiego wejrzenia. Za pierwszym razem ogrom możliwości mnie przerósł i zaczęłam używać Trello. Teraz nie wiem, jak mogła planować bez programu Asana. Tu do planowania używam kalendarz, tam listę, tam jeszcze coś innego. System można dopasować do każdego projektu indywidualnie. Nareszcie mam wszystko w jednym miejscu i jest przejrzyście. Tak fajnie można duże projekty rozpisać.

W zasadzie, przez Asanę doszłam do winsoku, że muszę przeorganizować swoją organizację. Sporo rzeczy zaczęło być dla mnie zbędne. I chociaż wolę mieć wszystko na papierze, chcę ograniczyć trochę tworzenie śmieci, tworząc codzienną listę zadań.

Przeczytane w sieci

WorQshopLista zadań na lepsze i gorsze dni – jak organizować zadania w zgodzie ze swoim poziomem energii?

Wpis Kasi był dla mnie pierwszym powodem, dla którego postanowiłam przyjrzeć się mojej liście zadań na dany dzień. Nie ukrywam, zdarzają mi się gorsze dni i wtedy mam wyrzuty sumienia, że za mało lub o zgrozo, nic nie zrobiłam. Obecnie siedzę i szykuje listę, głównie na te gorsze dni. Nie chcę już czuć, że zmarnowałam dzień.

FashionelkaA co jeśli urodzisz homoseksualne dziecko?

Czyli tekst obowiązkowy dla wszystkich, którzy mają problem z akceptacją tak zwanej inności. Inaczej nie umiem określić faktu, że jedyną słuszną droga jest bycie heteroseksualnym. Co zabawne, niektórzy próbują podpierać się stwierdzeniem, że wśród zwierząt homoseksualizm nie istnieje. Nic bardziej mylnego! Inne gatunki też tak się zachowuję i lepiej byłoby, abyśmy wreszcie zaczęli to akceptować i szanować. 

RadzkaMisja czarne trampki

Tak, jestem na etapie zakupów. Sukienki mam już kupione, brakuje mi tylko butów. Co prawda nie wiem, czy do każdej trampki będą pasować, oczywiście w oczach innych. Dla mnie pasują i właśnie się zastanawiam, czy nie postawić na klasyczną czerń. Ok, szukam też czegoś bardziej eleganckiego, ale klasyk w szafie musi być nawet do biegania na co dzień.

CodziennieFit

Wcześniej tylko widziałam, że Marta publikuje filmiki z ćwiczeniami. Nie odważyłam się jednak żadnego filmiku wykonać. Joga mi wystarczała, ale w sierpniu szukałam odmiany i przepadłam. Krótkie treningi, które dają niezły wycisk, czyli wszystko to, czego tygryski akurat potrzebują.

A tymczasem na blogu

Wpisów było więcej, ale wybrałam te, które uważam za ważniejsze. Sporo było o kreatywności, co też jest ważne, ale ja wolę działanie, stąd taki wybór. Nie widzę też sensu w tym, aby wszystkie tutaj wypisywać. Chyba że mam połechtać swoje ego i Ciebie zniechęcić do linków. A tak całkiem serio, linki są fajne, ale ich nadmiar nie jest korzystny dla SEO. Roboty wyszukiwarek mogą źle patrzeć na stronę.

lipiec 2019
Bez kategorii

Małe co nieco lipca

Będę banalna, ale ja przepraszam, kiedy ten czas uciekł. Przecież to już koniec lipca. Gdzie uciekły te miesiące? Człowiek myślał, że do pewnych rzeczy ma jeszcze dużo czasu, a one stoją już za rogiem.

Niestety, lipiec okazał się trudnym miesiącem. Nie służą mojemu zdrowi te radykalne wahania pogody. Dość mocno odbiło się to na moich planach, które musiały ulec zmianie. Muszę przyznać, trochę jestem wściekła, że pewne sprawy przeciągną się o kolejny miesiąc. Ogólnie lipiec wcale nie był takim złym miesiącem. Na pewno nie był przeleżany na kanapie i zupełnie spisany na zmarnowanie.

Plany zrealizowane po części

Regularne wpisy na bloga mnie pokonały. I nie chodzi o brak pomysłu, weny, czy chęci. Pokonały mnie plecy. Siedzenie i pisanie było ostatnią rzeczą, o jakiej w lipcu marzyłam. W lipcu miałam sporo projektów graficznych do zrealizowania, więc coś odpuścić musiałam i tak padło na blog. Zwłaszcza że nie chciałam rzucić zupełnie tworzenia fotomontaży na Instagram. Zbawieniem było robienie do nich zdjęć, więcej ruchu. Potem gorzej, ale idzie ku dobremu.

Sklep

Obiecałam sobie, że w lipcu ruszy sklep z plakatami do kupienia. Szansy już nie ma. W dużej mierze to moja wina. Najpierw pokonał mnie regulamin i polityka prywatności, ostatecznie napisałam. Potem przekierowania subdomeny na inny serwer niż te, na którym znajduje się blog. Przez te upały nie myślałam trzeźwo. Mam nadzieję, że w sierpniu już będę mogła się nim chwalić.

Newsletter

W planach było też uruchomienie newslettera. Jego porażka, działa na jego korzyść. Podeszłam do tego tematu jeszcze raz, tym razem na kartce papieru. Małymi krokami, w międzyczasie od innych obowiązków powstaje newsletter. Kolejnym plusem obsuwy terminu jest to, co miało być za zapis na niego. Będzie PLAKAT!

Nie robię sobie wyrzutów sumienia, że nie wszystko wyszło tak, jak chciałam. Mówię, lipiec był ciężkim miesiącem, a do tego ja go niefortunnie zaplanowałam. Przekonałam się, jak dużą siłę ma dobre dobranie priorytetów.

Chwal się co tam

W sierpniu na blogu będzie bardzo kreatywnie. W planach mam sporo wpisów związanych właśnie z tym zagadnieniem. Tematy już są, szkice poczynione, nie może się nie udać tego zrealizować.

E-book

Podczas pracy nad newsletterem pomyślałam, że fajnie byłoby stworzyć e-book związany z grafiką. Nawet przez chwilę myślałam, aby był on prezentem za zapis, ale… Nie wiem, kiedy newsletter by ruszył. Nie chcę też wywierać zbyt dużej presji na siebie, bo nie zniosę chałtury, mimo że materiał ma być darmowy. Różne się dostaje, wiecie, o co chodzi?

Chcę, aby e-book był fajnym startem w świat grafiki. Czymś, co pomoże nie tylko tworzyć np. grafiki na portale społecznościowe. To ma być coś, co będzie przydatne przy robieniu zdjęć, projektowaniu wnętrza, tworzeniu jakiegoś DIY. Grafika to nie tylko szerokie pojęcie, ale również uniwersalne u jej podstaw.

Dzień za dniem

W lipcu, poza pracą, praktycznie nie działo się nic. Nie miałam żadnych wyjazdów w planach. Chyba że te po zakupy, ale to może sobie darujmy. Chociaż mogłaby być fajna seria zdjęć mnie przed różnymi sklepami. Najlepiej w stylówce zwanej „po ziemniaki”. Jeżeli ja tego nie zrealizuję, może komuś pomysł właśnie podsunęłam.

Przez te skoki temperatur, nawet nie chciało się wyjść na spacer do parku, nad jezioro. Już nie wspomnę, że przez pogodę, w parku komary zjadają żywcem. Nie ma możliwości się od nich odgonić. Wszystkie chyba się tam pochowały przed upałami.

Coś dla siebie

Na tym polu też wyobrażałam sobie inaczej lipiec, a wyszło, jak wyszło. Gdzieś przez źle określone priorytety sporo spraw się rozmyło. Sierpień już wygląda lepiej, może dlatego, że pod hasłem – KREATYWNIE.

Maseczki do twarzyz Lidla.

Maseczki do twarzy w Lidla

Testowałam już masę różnych maseczek. W szczególności te oczyszczające. Nawet te czarne peel-off, którymi udało mi się wyrwać sobie kilka włosków z brwi. Niby tak precyzyjnie nakładałam, a jednak. I nie byłoby nic w tym złego, gdybym miała z natury gęste brwi. Maseczkę próbowałam dwa razy i doszłam do winsoku, że wolę mieć brwi.

Do tych z Lidla byłam nastawiona trochę sceptycznie. Przerabiałam już maseczki z glinkami. Nawet sama mieszałam i efekt mnie nie zadowalał. Tym razem się zakochałam. Co prawda ja ich nie nakładam tak, jak pokazują na opakowaniu. Najpierw idzie jedna na całą twarz na 15 minut, potem druga. Nie obie naraz. Efekt maseczek jest widoczny gołym okiem i jeszcze ich cena. Maseczki robię raz w tygodniu na zmianę. Raz oczyszczam, raz bardziej rozświetlam.

Hummus z fasoli.

Hummus z fasoli

Ciecierzycę bardzo lubię. Pastę z tahini wykorzystuję zamiast masła orzechowego. Jednak nie zostałam fanką klasycznego hummusu. Lubię, ale głównie z jakimiś wyrazistymi dodatkami. Kiedyś jadłam z makrelą, niebo, o ile lubi się ryby.

Może fasola skradła moje serce też dlatego, że została pognieciona. Nie użyłam do robienia hummusu blendera. Fasola po ugotowaniu została potraktowana, jak zmieniaki na puree. Do tego oczywiście tahini, pond to cytryna i czosnek przeciśnięte przez praskę.

Z ilości fasoli wyszło mi sporo hummusu. Ciężko byłoby przejeść, zanim by się nie zepsuł. Trafił więc do małych słoiczków, które następnie zostały za pasteryzowane. Trochę roboty, ale nie musiałam jeść go na siłę, aby się nie zmarnował.

Z Internetu

W końcu głos rozsądku do dla mnie wręcz obsesyjnego, kultu śniadań. Ja mam do nich różne nastawienie. Ostatnio się polubiłam z nimi, ale co jakiś czas mogłyby dla mnie nie istnieć. I najbardziej w tym wszystkim nie lubię tej presji wywieranej na mnie, że przecież śniadanie trzeba zjeść. Teraz już mam dokąd odsyłać, jak ktoś chce mnie namówić na śniadanie, a ja go nie chcę jeść.

A skoro już przy jedzeniu jesteśmy, to czas na kolejny narzucany rygor. Przetwory mleczne staram się unikać rygorystycznie, ale nie oszukujmy się, zazdroszczę domownikom jedzącym lody czy sernik. Na mięso sobie czasami pozwalam, bo inaczej bym zwariowała. Jedna restrykcja, jakiej przestrzegam, to nie jedzenie glutenu. Tutaj żadnej taryfy ulgowej. Czasami, jak pisze Marta, lepiej na coś sobie pozwolić, niż dostawać ślinotok, patrząc na innych jedzących.

Obiecałam sobie, że wraz z nadejściem wakacji zacznę więcej czytać. Mam trochę zaczętych i niedokończonych książek. Lipiec minął, a ja mam tyle samo zaczętych książek. Cały czas było coś ważniejszego, co zabierało czas. I już było za późno na czytanie. W sierpniu ambitne plany, ale z trikami od Marty. To musi się udać.

Wakacje, a ja o nauce. I powodem wcale nie jest fakt, że teraz teoretycznie człowiek ma więcej czasu na naukę. Dla mnie to bardziej zbiór informacji, aby lepiej wejść we wrzesień i już nie szukać wymówek. Lista rzeczy, których chciałabym się nauczyć, jest długa z czego wszystko jest ważne, ale… Podobnie jak z czytaniem, cały czas coś staje na przeszkodzie. Chociaż w tym wypadku jest trochę lepiej, bo ogarnianie sklepu czy pisanie e-booka (potem składanie go) jest już nauką. Wychodzi praca plus nauka.

I tak oto mój lipiec przedstawił się jako niezły nudziak. Przyznać trzeba, że sierpień nie zapowiada się bardziej spektakularnie. Tym razem jednak lepiej ustaliłam priorytety. W zasadzie są podobne do czerwcowych, czyli miesiąca, który dał dużo dobrego. Więc tak, sierpień nie będzie taki zły.

A jak tam  Twój lipiec? Odpoczynek, praca, jakieś wyjazdy? A może też pogoda przekonała Cię do tego, aby zostać w domu tak jak mnie.

jak usunąć coś ze zdjęcia
Bez kategorii

Jak usunąć niechciane osoby ze zdjęcia

Ile razy zdarzyło Ci się, że na zdjęciu jest coś, czego tam być nie powinno? Najczęściej pewnie taka sytuacja ma miejsce podczas wakacyjnego wyjazdu. Nie zawsze udaje się  mieć czysty kadr.

Czas poznać trzy sposoby na usuwanie niechcianych rzeczy ze zdjęcia, zamiast wkurzać się, że ktoś włożył nam palec w obiektyw, znaczy w kard. Trochę nauki i można przestać się denerwować, że tyle zdjęć z wakacji ma wylądować w koszu. Takimi samymi metodami można wyciąć kogoś nielubianego ze zdjęć rodzinnych, ale to mówię Ci w tajemnicy, nie mów tego nikomu.

Jak usunąć coś ze zdjęcia

Sposób pierwszy – STEMPEL

Mój zdecydowany faworyt, które używam najczęściej. Nie tylko do kasowania niechcianych rzeczy ze zdjęcia, ale również do ewentualnych poprawek. Wachlarz zastosowań jest ogromny. Tło, z którego chcemy coś usunąć, nie ma znaczenia. Oczywiście, jeżeli tło jest gładkie i pozbawione wzoru, sprawa jest banalnie prosta, ale… Uważam, że używanie w takiej sytuacji stempla to jak próba zabicia komara z wiatrówki.

  • Stempel znajdziemy w wielu programach graficznych, ale wbrew pozorom, nie jest to łatwe narzędzie do wykorzystania.
  • Efekt po użyciu potrafi zadziwić, jeżeli potrafi się go używać.
  • Stempel kopiuje dokładnie to, co chcemy, aby skopiował po wskazaniu miejsca, skąd ma wziąć próbkę i gdzie ją umieścić.

Myślałam, aby pokazać Ci użycie narzędzia w warunkach laboratoryjnych, ale lepiej iść w plener po zdjęcia. Starałam się wybrać coś dość skomplikowanego, ale bez przesady.

1. Otwórz zdjęcie w programie Photoshop.

2. Dobrym pomysłem jest wykonanie kopii tła, zanim zaczniemy coś usuwać. Są momenty, kiedy na przykład kopia tła bardzo się przydaje, ale to już bardziej skomplikowana magia.

Photoshop: tworzenie kopii tła.

3. Teraz wybieramy z listy STEMPEL i dostosowujemy jego parametry.

Wybór narzędzie stempel.

Wielkość zależy od tego, jak duży obiekt chcemy usunąć i jak skomplikowany wzór ma tło. Najlepiej zacząć z czymś zbliżonym do wielkości obiektu, który chcemy usunąć.

Twardość narzędzia najlepiej na początek ustawić na 0%, czyli najmiększy. Na przykład przy bardzo skomplikowanym wzorze to strzał w kolano. Jeżeli tło jest praktycznie jednolite, twardość nie ma znaczenia.

Zostało krycie, którego wartość na początek dobrze ustawić na 50 – 75%. To już ostatnia wartość, która jest również zależna od skomplikowania tła. Mniejsze krycie, trzeba więcej razy stemplować, większe mniej, ale nie ma zasady.

4. Czas powiększyć obiekt, który chcemy usunąć. Przy wciśniętym klawiszu ALT pobieramy próbkę tła, które będzie służyło do przykrycia niechcianego obiektu.

Określenie miejsca, skąd będzie pobierana próbka do kopiowania.

5. Najedź kursorem na obiekt do usunięcia i kliknij. Klikaj tak długo, aż efekt będzie dla Ciebie zadowalający. Jeżeli dalej nie jest, pobaw się ustawieniami stempla: wielkość, twardość i krycie.

Usuwanie niechcianego obiektu przy pomocy stempla.

6. Na końcu scal ze sobą warstwy: MenuWarstwaScal w dół lub poprzez kliknięcie zdjęcia w panelu z warstwami.

Po lewej zdjęcie oryginalne. Po prawej po usunięciu dwóch obiektów przy pomocy narzędzie stempel.
Przy okazji usuwania człowieka, usunęłam jeszcze zabłąkanego psa.

Przy bardziej skomplikowanych zdjęciach warto zaznaczyć sobie obszar działania, aby nic wkoło nie zniszczyć. Nie rzadko też przydaje się pobieranie próbek farby, malowanie i nakładanie tekstury.

Sposób drugi – łatka

Łatka jest używana zazwyczaj przy robieniu retuszu twarzy. Najlepszy i najszybszy sposób na usunięcie np. cieni pod oczami. Nie mówię, że przy innych zdjęciach nie, ale najwięcej tutoraili z użyciem łatki można znaleźć właśnie pokazujących proces retuszu twarzy.

  • Łatka jest łatwiejsza w użyciu niż stempel.
  • Działa na podobnej zasadzie jak stempel, czyli poprzez kopiowanie. Jest jednak wygodniejsza w używaniu, jeżeli mamy jakiś wzór np. kamienie i większy obiekt do usunięcia.
  • Trzeba zwracać szczególną uwagę na odcienie kolorów skąd, dokąd kopiujemy kawałek. Można zrobić na zdjęciu nieestetyczną plamę, która może nie dać się zatuszować.

Po raz kolejny żadnych warunków laboratoryjnych. Robiłam i do tego przykładu pseudo studyjne zdjęcia, ale z nimi nie ma takiej zabawy jak w naturalnym środowisku.

1. Bez otworzenia zdjęcia w programie nie uda się zacząć.

Wgranie zdjęcia do programu Photoshop/

2. Tak jak poprzednio rekomenduję, tutaj zdecydowanie polecam zrobienie kopii tła. Tak łatwiej, niż cofać się do początku.

3. Z narzędzia po lewej stronie wybieramy ŁATKA (może kryć się na liście pod PUNKTOWY PĘDZEL KORYGUJĄCY).

Wybór narzędzie łatka.

Warto pobawić się parametrami, które mamy do dostosowania. Zazwyczaj jednak to, co jest ustawione z automatu, w zupełności wystarcza.

4. Teraz obrysowujemy obiekt, który chcemy ze zdjęcia usunąć. Warto zrobić to w miarę blisko krawędzie obiektu. Im większa łatka, tym trudniej trafić z kolorami.

Zaznaczenie obiektu do usunięcia ze zdjęcia.

5. Następnie łapiemy zaznaczony obiekt i przeciągamy w miejsce, gdzie mamy tło, które ma pokryć zaznaczony obiekt.

Przeciągnięci łatki w miejsce, skąd ma zostać skopiowane tło do zakrycia obiektu.

6. I gotowe. Jeżeli efekt Cię nie zadowala, cofnij usuwanie i spróbuj ponownie. Przy narzędziu ŁATKA rzadko kiedy trzeba sięgać po dodatkową, pomoc.

7. Na końcu scal ze sobą warstwy: MenuWarstwaScal w dół lub poprzez kliknięcie na zdjęcie w panelu z warstwami.

Po lewej zdjęcie oryginalne. Po prawej z usuniętym obiektem.

Sposób trzeci – wypełnienie

Nie jest źle, jest też coś dla osób leniwych, które wolą oddać w ręce losu, znaczy programu usuwanie obiektu ze zdjęcia. Lata temu, kiedy uczyłam się obsługi Photoshop-a, korzystałam z tego narzędzie. Obecnie nie trafiłam na tutorial, polecający to narzędzie.

  • Po zaznaczeniu obiektu i wybraniu opcji wypełnienia, program skądś pobiera próbkę i zakrywa obiekt. Nie mamy na to żadnego wpływu.
  • Nie ważne, czy tło nie ma wzoru, czy ma wzór o różnej ilości elementów – narzędzie tak sobie radzi z usuwaniem obiektu. Można być zadowolonym lub mieć ochotę zniechęcić się do programu.
  • Dzięki wypełnieniu obiekty usuwa się najszybciej.

Po kilku próbach miałam ochotę wkleić tu zdjęcie w warunkach laboratoryjnych. Na szczęście program względnie dobrze sobie z nim poradził, więc zostałam z przyrodą.

1. Powtórzę się po raz trzeci i ostatni, trzeba zacząć od otworzenia zdjęcia w programie.

2. Tutaj już bez taryf ulgowych. Kopia tła jest absolutnie konieczna.

3. Z listy narzędzie po lewej stronie wybieramy LASSO i jak w przypadku ŁATKI obrysowujemy obiekt do usunięcia.

Wybór narzędzia lasso w programie Photoshop.

4. Najeżdżamy kursorem w zaznaczony obszar i klikamy prawym klawiszem. Teraz z listy wybieramy opcję, WYPEŁNIJ.

Obrysowanie obiektu do usunięcia ze zdjęcia i wybór opcji wypełnienia.

5. Nie pytaj, jakie parametry są najlepsze. Ja po jakiejś godzinie zabawy miałam ochotę wyrzucić laptopa przez okno. Nie spełniało w żadnym ustawieniu moich oczekiwań.

Okno z właściwościami wypełnienia dla narzędzia lasso.

6. Po wciśnięciu OK musimy chwilę zaczekać i gotowe. U mnie w 9 na 10 przypadków efekt trzeba było poprawiać. Nie koniecznie uda się to zrobić tym samym narzędziem.

Po lewej zdjęcie oryginalne. Po prawej zdjęcie u usuniętym obiektem za pomocą narzędzia lasso.

Myślę, że teraz, nawet jeżeli wrócisz z wakacji ze zdjęciem z zabłąkanym obcym człowiekiem, spokojnie poradzisz sobie z jego usunięciem. Nie zdjęcia!

Osobiście najczęściej używam narzędzia STEMPEL. Nie służy mi on tylko do usuwania niechcianych obiektów ze zdjęcia. Jest idealnym narzędziem w momencie, kiedy na zdjęciu zagubił się jakiś szczegół. Na przykład z 5 tych samych obiektów jeden jest niewyraźny i trzeba go przywrócić.

Oczywiście nie trzeba inwestować w program Photoshop, aby usuwać niechciane obiekty ze zdjęcia. Te same opcje znajdziemy w darmowym programie GIMP. Osobiście nic do niego nie mam, ale ciężko mi się do niego przekonać po ponad 10 latach pracy z Photoshop. GIMP nie był moim pierwszym programem, więc ciężko mi się w nim odnaleźć, ale powyższe sposoby na pewno w nim znajdziesz.

małe co nieco czerwca
Bez kategorii

Małe co nieco czerwca

Bardzo lubię czytać wpisy innych podsumowujące pewien czas np. miesiąc. Sama jednak męczyłam się, piszą coś takiego u siebie, bo przecież mam takie nudne życie. Nie mam gdzie wyjść kilka razy w miesiącu. Nie wyjeżdżam też gdzieś co chwilę, choć na dzień, aby mieć czym się pochwalić. Myślę, że nie tylko ja mam taki rozterki posiadania nudnego życia, ale… STOP!

Jak możecie zauważyć, brałam też różne terminy, bo wtedy jest o czym pisać. Choć i to okazało się kulą w płot. Na ratunek przyszły mi filmiki z inspiracjami Radzki z danego miesiąca. Czy naprawdę ma liczyć się tylko to, że gdzieś się wychodzi, czy wyjedzie. OK, trafił mi się w tym miesiącu wyjazd, ale potem już będzie, wionąć nudą. Wcześniej też tak kolorowo nie było, a jak coś się trafiało, zapominałam to udokumentować. Narzucałam sobie do tego element perfekcjonizmu, że jak zdjęcia, tylko porządnym aparatem. Telefonem nie przystoi.

Małe co nieco czerwca

To może zacznę od tego „nieszczęsnego” wyjazdu. W 3 dni udało się przejechać około 1500 kilometrów. W zasadzie doczepiłam się do rodzinki i wybrałam się na szalony wyjazd. Przyświecała mi myśl odpoczynku od pracy, zrelaksowania się i tym podobne rzeczy. Okazało się, że wyjazd zdjął ze mnie presję robienia zdjęć tylko aparatem. Telefon w plenerze dobrze daje sobie radę, a jeszcze do tego wita mnie na Ukrainie, choć jeszcze kilka kilometrów do granicy, ale tylko przejścia. Na dziko dzieliło mnie kilka metrów, może kilkanaście.

Wyjazd nie obył się bez niespodzianek. Z resztą wykrakanych przez kierowcę. Jeżeli oglądacie telewizję, wiecie, że dzień przed Bożym Ciałem zalało Lublin. Akurat trafiliśmy na tę zlewę, jechaliśmy obwodnicą miasta. Momentami faktycznie nie było widać świata, ale i tak znaleźli się szaleńcy, którzy wyprzedzali tym szybszym pasem. W konsekwencji trzeba było znaleźć mechanika do zespawania dziurawego tłumika. Poszło bez problemu, można było dalej jechać, odwiedzać rodzinę.

Będąc jeszcze dobrze w Polsce, trochę zaskoczył mnie SMS witający na Ukrainie. Cena za Internet wygrywa dla mnie główną nagrodę, a sieć łapie dużego minusa, że ma kiepski zasięg. Gdyby nie plaga (dosłownie) komarów na zdjęcia załapałby się Bug oraz granica, ale skończyło się na odnodze rzeki. I tak miałam całą pogryzioną nogę, bo próbowałam zrobić zdjęcie głównemu nurtowi.

Odnoga rzeki Bug w Kryłowie.
Kolejne ujęcia rzeki Bug oraz SMS z opłatą za połączenie przez Ukrainę.

Po drodze do rodziny nie można było nie zaczepić o źródełku z uzdrawiającą wodą u Świętego Mikołaja. Wydaje mi się, że już kiedyś to miejsce pokazywałam na zdjęciach. Chyba nawet wspominałam o legendzie. I patrząc na przewrócone drzewo, można sądzić, że komuś obietnica uzdrowienia się nie spełniła (śmiech). Tak na serio, widać, że to sprawka pogody.

Zapomniałabym o najważniejszym, że na wyjeździe czerwiec mimo upałów przywitał nas pełnią jesieni. Niesamowity wysyp grzybów. Na zdjęciu jakieś 5 kg kurek, a to tylko niewielka część tego, co już było i co jeszcze będzie. Kurki to jedno, ta siwa kępa na pniu jest czymś ciekawszym. Kto zna takie grzyby jak baranie rogi? Właściwa ich nazwa to żagiew okułkowa. Nie bez przyczyny są to grzyby na wymarciu. Lubią bardzo specyficzne miejsca i praktycznie nigdzie indziej jeszcze ich nie spotkałam jak właśnie nad terenami bliżej granicy z Ukrainą.

Grzyby po prawej baranie rogi, po lewej kurki.

Bestiariusz Słowiański

A zostając przy legendach, w moje ręce wpadła książka o mitycznych stworzeniach. Do dzisiaj wspomina się w różnych sytuacjach wiele z tych stworzeń, ale mało kto wie, za co były odpowiedzialne. Książka jest przepięknie wydana. Można w niej przeczytać o rusałkach, skrzatach, wodnikach, biziach, kadukach i samojadkach. Gdyby nie fakt, że niejeden rodzic dostanie białej gorączki, od dodatkowych tłumaczeń co coś oznacza, poleciłabym ją jako bajki dla dzieci. Dorosłym oczywiści również polecam, bo warto poznać historię Słowian.

Czytam sobie tak po kolei o tych wszystkich bestiach i mogę zagwarantować, że pomaga w kryzysach twórczych. Opis kilku postaci sprawia, że wpadam na nowe pomysły np. do fotomontaży, chociaż czułam się zupełnie wyżymana z pomysłów.

Książki od lewej: Bestiariusz Słowiański i Mitologia Słowian.

Mitologia Słowian

A skoro przy historii jesteśmy, warto poznać mitologię. Czytając książkę tylko wyrywkowo, człowiek otwiera oczy ze zdumienia, że nadal wierzymy w to, co kiedyś. Wiele mitów z nami zostało. Co najwyżej zmieniły się ich znaczenia, aby lepiej pasowały do czasów, w których ich używamy.

Śmiem twierdzić, że to kolejna pozycja działająca na wyobraźnię i pobudzająca kreatywność.

Fotomontaże

Do trzech razy sztuka, czyli dalej świat bajek. Tak jak byłam psychicznie zmęczona, powiedziałbym klasycznym, podejściem do podsumowań na blogu. Tak też dołował mnie fakt nieposiadania ciągle nowych, świeżych, zaskakujących zdjęć. Bardzo lubię pejzaże, ale ile razy można pokazywać to samo jezioro? Pewnie są osoby, którym to nie przeszkadza, ale ja byłam zmęczona. Ciągle tylko zadręczałam rodzinę, że trzeba zacząć gdzieś jeździć, bo potrzebuję zdjęć do publikacji.

Pomijając fakt, że nie mam gdzie robić zdjęć stylizacji, ja nie mam tyle ubrań w szafie. Fryzury też są historią, bo obcięłam dość mocno włosy. Teraz ewentualnie mogę zrobić „50 pomysłów na związanie włosów w kucyk”. 

Mogłoby być jedzenie, ale… Jak sobie przypomnę, że miałam zrobić zdjęcie, już mam pusty talerz. Ze zdjęć z lotu ptaka też zrezygnowałam. Już nie mam gdzie chować do nich gadgetów, a i tak cały czas narzekam, że mam ich za mało.

Fotomontaże już pokazywałam, ale nie czułam, że powinnam odchodzić od zdjęć. Jednak w momencie zmiany nazwy powiedziałam sobie dość i skoro podjęłam decyzję, którą chcę iść ścieżką, czas przestać wstydzić się swoich prac. To, co wcześniej pokazywałam, było mniej śmiałe. Śmiałe co do mojego przekonania, że robię niesamowite rzeczy. Wróciłam już oficjalnie i na stałe do tego, co kocham od ponad 10 lat.

U góry fotomontaż ze mną pod grzybem, u dołu w domku z kart.
U góry fotomontaż - wiewiórka z kitą z kwiatów bzu. U dołu zegarek z torami.

Jeżeli obecnie się wkurzam, że nie mam co publikować, wynika to z dwóch rzeczy. Po pierwsze mam za dużo pomysłów i za mało czasu na ich realizację. Po drugie ciągle mam dylemat czy chcę tworzyć fotomontaże tylko na swoich zdjęciach, mieszać je z dostępnymi na stockach, czy może same stocki. Fajnie byłoby tworzyć na swoich, ale znowu pojawia się ten sam problem – brak nowych miejsc. Do tego dochodzi kwestia, że wielu ujęć nie mam i mieć nie będę do realizacji pomysłów. Czeka mnie praca nad sobą, aby się przełamać, że korzystanie z czyich zdjęć nie jest niczym złym.

Sprawy blogowe i zawodowe

Blog czeka na zmianę kierunku wiatru. Postanowiłam dać sobie czas i bez wyrzutów sumienia poszukać inspiracji na zmiany. Mam już listę tego, co według siebie robię źle. Co mi się nie podoba i musi zostać poprawione. Trochę to trwało, ale jeszcze nigdy nie czułam takiej pewności, że wybrałam odpowiednią drogę. I wiem, że zmiany nie będą z dnia na dzień widoczne. Wiem też, że jeżeli narzucę sobie mordercze tempo, przyjdą jeszcze później. Wszystko będzie w swoim czasie.

Zawodowo możecie spodziewać się wielu nowości w sklepie. Na pewno w lipcu pojawią się do kupienia wersje cyfrowe fotomontaży w formie plakatów. Plakaty będą również w formie drukowanej, ale tylko na zamówienie. Wiem, że nie każdy ma w okolicy drukarnię, więc wystarczy napisać i po dogadaniu, zajmę się drukiem i wysyłką produktu fizycznego.

Złapane w sieć

Przy poprzednim podsumowaniu pisałam o kilku tekstach, które prawie zmieniły moje życie. Chyba w czerwcu gdzieś podświadomie też na to czekałam albo mniej tekstów powstało. Na szczęście jest kilka perełek i nie muszą zmieniać życia.

Zaczynają się wakacyjne wyjazdy a wraz z nimi dylemat czy coś ze sobą przywozić. Polenka napisała bardzo fajny poradnik, na co warto zwrócić uwagę, żeby nie skończyło się np. na pierwszym lepszym magnesie na lodówkę. Sama do dzisiaj mam w szufladzie wielką kredkę, z którą nie wiem, co zrobić, a żal wyrzucić.

Dzisiaj już przy tych upałach zakończę i tak dość długi wpis. Wiem, następnym razem powinny pokazać się na blogu zdjęcia z plaży, ale to nie moje klimaty. Życzę momentów ochłody w te upały.

Co działo się u Was w czerwcu? Jak znosicie te upały?

Bez kategorii

Małe co nieco kwietnia i maja

Myślałam o kwartalnych podsumowaniach, ale wolę pisać je wtedy, kiedy mam na to ochotę. Wiem, że takie teksty na blogu są fajne, sama lubię je czytać u innych. A do tego częściej je pisząc, można więcej wartościowych treści polecić od innych, a tym razem mam perełki.

Muszę przyznać, że maj tak mnie psychicznie przeciągnął, że kwiecień pamiętam jak przez mgłę. Sama sobie zgotowałam taki los, więc nie ma na co narzekać. I jeżeli negatywne rzeczy można określić jednak jako pozytywne, w ogólnym rozrachunku, wyszło mi na dobre. Coś kojarzę, że kwiecień był dość wyjazdowy, ale nie pamiętam, czego te wyjazdy dotyczyły. Nawet nie pamiętam, kwietniowej pogody. Jest jednak luksus, pamiętam, że pod koniec kwietnia były święta. Wychodzi na to, że w podsumowaniu głównie, jeżeli nie tylko, maj.

Co się wydarzyło

Jeżeli notatki do podsumowania prowadziłam chronologicznie to w kwietniu faktycznie były dla mnie tylko święta. Przygotowałam pudełka z uszami na święta, ale połączyłam też na jednym zdjęciu dwa święta ze sobą. A może to z tego powodu tak mgliście pamiętam kwiecień? Nie prawdziwe, ale całkiem dobre wyjaśnienie.

Spotkanie na zdjęciu świąt Bożego Narodzenia a Wielkanocą.

Na początku maja pamiętam ten silny wiatr. W te dni zrobiłam małą sesję zdjęciową. Faktycznie, nie da się zapomnieć tego, że na niewielkim pomoście nad jeziorem musiałam iść na czworaka, bo mnie prawie zdmuchnęło. Ciężko też zapomnieć bezwładnie dryfująca kaczkę i drugą, która stała na pomoście i się wahała, czy pływanie to dobry pomysł.

Ja na pomoście nad jeziorem.
Kaczka na pomoście.
Zdjęcia ze spaceru.
Zdjęcie jeziora.

Już nie ważne, do którego miesiąca to datować, ale na blogu pojawił się znowu sklep. Przez te wszystkie zawirowania na początku roku, długo się do tego zbierałam. Obawiałam się, że znowu coś złego będzie się działo. Odpukać, wszystko działa i nawet tworzą się kolejne produkty, aby powiększyć asortyment. Trochę fizycznych, trochę cyfrowych.

Maj to oczywiście była konferencja w Poznaniu. Ok, nie mam zdjęcia na ściance, ale mam identyfikator, choć jeszcze ze starą nazwą. Właśnie dzięki wykładom zdecydowałam się na zmianę. Rozważałam też imię i nazwisko, nawet dość długo przed konferencją, ale… Przy ewentualnej zmianie nazwiska w przyszłości, czekałaby mnie kolejna zmiana. Znowu kobiety mają trudniej. Tak tylko się śmieje, choć nie ukrywam, że to był jeden z powodów, dla których jest nazwa. Uważam, że idealnie pasuje do drogi, którą ostatecznie wybrałam.

Identyfikator z konferencji w Poznaniu.

Co najważniejsze i to się działo raczej w maju, zrobiłam gruntowne porządki w zalegających ubraniach. Bez żadnych sentymentów „wyrzuciłam” to, co tylko leżało kolejny rok zapomniane. Kilka rzeczy udało mi się oddać w dobre ręce. Pozostałe poszły do kontenerów, w których zbierają ubrania. Nawet pozbyłam się butów.

Co zachwyciło

Przeglądam notatki i zastanawiam się, kiedy ja je robiłam. W kwestii tego, co chcę polecić, sporo uległo zmianie. Pewnie to wszystko przez ten zapomniany kwiecień. Pewnie jeszcze kilka razy się tu z tego faktu ponabijam. Nie przeszkadza mi ta amnezja.

Planner Design Your Life

Pewnie już z pół roku zastanawiałam się, czy kupić planner Aliny. Nie byłam przekonana, czy jego forma jest dla mnie. Długo byłam przekonana, że jeden kalendarz i jakieś notesy plus luźne kartki mi wystarczą. Poza tym uważałam, że „nawyki” wolę śledzić w aplikacji.

Ostatecznie zdecydowałam się na zakup i nie żałuję, chociaż miałam z początku wątpliwości. Nawyki bardzo szybko przerzuciłam do plannera. I może nie zawsze pamiętam odznaczyć kratki, ale zrzuciłam z siebie głupią rywalizację sama ze sobą. Aplikacja był praktyczna i niestety ładna. Niestety, bo chciałam mieć w niej jak najmniej pustych pól, więc czasami robiłam coś na tak zwane „odwal”, aby tylko to odznaczyć.

Planner od Aliny z Design Your Life z długopisem i kubkiem kawy.
Rozłożony planner od Aliny z Design Your Life.

Jak przeglądałam planner, nie byłam do końca przekonana, do takiej ilości miejsca na notatki w każdym tygodniu. Szybko się do tego przekonałam. I chociaż miał to być planner bardziej biznesowy, notatki są prywatne. Kiedy rozkładam widok na cały tydzień, ich nie widać, mogą być prywatne. Przekonałam się do pisania kilku zdań każdego dnia.

Szukam jeszcze czegoś cyfrowego, bo Trello nie do końca spełnia moje oczekiwania. Próbowałam tam rozpisać sobie kilka większych projektów, ale ta forma mnie nie przekonuje. Będę szukać i testować dalej. Lubię mieć pewne rzeczy w formie tylko cyfrowej. Lubię też mieć wiele rzeczy kopię w wersji cyfrowej.

Kursoksiążka o asertywności i pewności siebie

Najlepsze rzeczy w maju są prywatne, kursoksiążka jest półprywatna. Muszę się przyznać, że jeszcze jej całej nie przerobiłam. Ja wiedziałam, że jak Ola się za coś bierze, będzie mega, ale… Kursoksiążka jest dla mnie jak wizyty u terapeuty. Nie powiem, że zrobiłam ją tak dokładnie, jak powinnam, ale na tyle, aby zadziała się magia.

Kursoksiążka o asertywności i pewności siebie od Oli Budzyńskiej, czyli Pani Swojego Czas.

Myślę, że trochę ta kursoksiążka ma wspólnego z moim stanem psychicznym. A może nawet nie trochę, a sporo. Mniejsza, ważne, że widzę pozytywne rozwiązania w negatywnych konsekwencjach.

Dla mnie kursoksiążka Oli nie jest tylko o nauce asertywności. Fakt jest tam o tym sporo, ale to się nie musi bezpośrednio wiązać. Czy po jej przerobieniu (nawet w trakcie) człowiek staje się bardziej asertywny? Jak najbardziej tak. Ćwiczenia pomagają w poznaniu lepiej samego siebie, co nawet bez pracy, wpływa na zmiany.

Czekoladowe bataty

Mój organizm doszedł do wniosku, że słodycze mogą prawie nie istnieć. Zjadam batony, ale tylko dlatego, żeby już się ich pozbyć z barku. Terminy się pomału kończą. Mam tylko słabość do batatów z gorzką czekoladą i jakimś jogurtem np. kokosowym. Do tego jakiś owoc i wszystkie inne słodycze mogą zniknąć. Mieszankę można też zamrozić. Wyszedł mi kamień, mimo mieszania. Wystarczy trzymać ją w lodówce. Dla mnie bomba.

Deser czekoladowy z batatów z borówkami.

I po nauce

Znowu przeglądając notatki, znalazłam listę rzeczy, które chciałam polecić. Zastanawiając się nad nią ponownie, doszłam do wniosku, że ja z tego nic nie wyniosłam. Włączyło się u mnie takie „ćpanie” wiedzy. Bo trzeba. Bo wypada. Bo przegapię coś ważnego. Bo nie będę się rozwijałam. Nie tędy droga.

Nie wiem, czy z korzyścią, czy robię sobie tym krzywdę, ale już w maju zaczęłam wiele rzeczy olewać. Chce coś z tego mieć poza kolejnymi certyfikatami. Kolejnymi odhaczonymi zagadnieniami, którymi mogę się pochwalić, że je znam. Myślę, że czerwiec nie będzie planowaniem rozwojowy. Potrzebuję odpuścić, aby skupić się na pisaniu treści na blogu – rozwojowe, ale… Muszę złapać dystans, aby miały inny charakter. Chcę, żeby te treści były lekkie, do poduszki i sobie same pracowały w podświadomości. Nie takie, nad którymi trzeba się długo zastanawiać, aby zrozumieć.

Z Internetu

Andrzej Tucholski

W maju jest mi ciężko polecić tylko jeden wpis Andrzeja. Miałam wrażenie, że za każdym razem publikował dokładnie taką treść, jaka była mi w danej chwili potrzebna.

W idealnym momencie pojawił się tekst Wszystko jest trudne. Kiedy zaczęłam to analizować, doszłam do wniosku, że większość spraw ma tylko jakiś stopień trudności. Zaczęłam sobie przyporządkowywać gwiazdki do tego, co planuję i nagle wszystko stało się prostsze. Z większą łatwością przyszło mi rozpisanie projektów, aby zjeść przysłowiowego słonia w kawałkach.

Drugim tekstem takim w punkt był You do you. Akurat słowa na mój dylemat z tym, czy powinnam, czy jednak nie coś komuś napisać. Miałam co prawda jeszcze sporo wątpliwości potem, ale uważam, że podjęłam najlepszą decyzję. Może to, co napisałam, było trochę głupie, ale cieszę się, że nie schowałam tego do szuflady.

U Socjopatka: Blogowanie, kiedy wali Ci się cały świat

Podziwiam ją za odwagę. Za tak publiczną szczerość. Ja nie mam tyle odwagi, ale… Dagmara uświadomiła mi, że był moment te dwa lata temu po szpitalu, że nie dałam sobie szansy na odcięcie się od wszystkiego i przemyślenie, co dalej. Dziwnie, szkoda mi było bloga i uważam, że dlatego tak mi kiepsko szło z szukaniem swojej drogi. Z perspektywy czasu widzę, że dużym błędem jest niedanie sobie szansy na przetrawienie wydarzeń.

Obecnie sytuacja ma się u mnie trochę inaczej. W pewnym sensie praca jest dla mnie odskocznią i momentem na trawienie. Uwielbiam tworzyć nierealną rzeczywistość poprzez fotomontaże. Z jednej strony są dla mnie odskocznią, z drugiej pracą, bo je publikuję, ale… Nie postrzegam ich w kategoriach pracy.

Z bloga

Na blogu nie pojawiło się wszystko, co planowałam. Maj był ciężki, a i pojawiło się sporo wątpliwości co do określania tak sztywnych ram publikacji. I nie twierdzę, że regularność jest do kitu. Oczywiście, że zauważam jej pozytywne skutki, nawet w swoim  nastawianiu do pisania. Mam jednak wątpliwości, czy nie powinnam złapać oddechu i przetrawić całej tej sytuacji na spokojnie.

Pokazały się też dwa szablony pudełek do wydrukowania.

Bez kategorii

Małe co nieco I kwartału

I nastały pierwsze dni kwietnia, czyli pierwszy kwartał 2019 roku został zamknięty. Ja nie dowierzam, że minęło tak mało czasu. Ilość wydarzeń przez te trzy miesiące mogłoby spokojnie zostać rozłożona na przynajmniej pół roku.

Miałam już taki intensywny początek roku i to całkiem niedawno. Wtedy jednak tak nie odczułam tego, tyle rzeczy się wydarzyło. Może to wszystko za sprawą terapii szokowej. W sumie trochę szkoda, że tego na blogu już nie ma. Tak pieczołowicie wtedy dokumentowałam „pyszne” szpitalne jedzenie. Jaki by on nie był, ale miło było dostawać chleb bezglutenowy. Dzisiaj jednak wzdrygam się na wspomnienie ilości serwowanego mięsa. Nie zrezygnowałam z niego zupełnie (zwłaszcza z ryb), ale dostawać je na 3 posiłki dziennie – nie moja bajka.

Plany

Pewnymi celami i planami gdzieś się w międzyczasie dzieliłam. Pewne są tylko na papierze i dopiero mają szansę ujrzeć światło dzienne. Wiele planów z powodu wydarzeń na początku roku musiało ulec diametralnej zmianie. Już nie jestem wkurzona, a nawet szczęśliwa z obrotu spraw, ale po kolei.

  • Regularne ćwiczenia minimum 3 razy w tygodniu. Z początku mi nie szło za dobrze, ale nastał moment z ukrytym podtekstem i teraz aż miło patrzeć na tabelkę z odhaczonym wykonaniem treningu. Obecnie moja aktywność kręci się w koło jogi i dłuższych spacerów. Choć nie ukrywam, już czekam na pogodę i możliwość pojeżdżenia rowerem.
  • Ograniczyć czas z telefonem. Podpisuję tu porażkę na całej linii. Nie ma jednak tego złego, bo pewna gra pomogła mi w pozytywnej zmianie. Poznałam trochę lepiej siebie, skąd się u mnie coś bierze i prawie zupełnie to wyeliminowałam.
  • Regularne pisanie wpisów na blog. Tutaj udało się połowicznie. Patrząc na kalendarz z planami, cieszę się, że wiele wpisów nie powstało. Bo dwie obrane przeze mnie drogi uzupełniają się, ale chcę na początek skupić się na jednej. Witaj graficzny świecie!
  • Porządki dookoła siebie. I nie mam tutaj na myśli czysto materialnej strefy. Dostałam zastrzyk pewności siebie i mam jeszcze więcej siły, aby pracować nad sobą oraz swoim biznesem. Choć to też wiąże się z porządkami otoczenia. Moja szafa aż prosi się o zerwanie ze mną sprzed dwóch lat.
  • Otworzyć sklep i newsletter. Spuśćmy na to kurtynę milczenia. Kolczyki dalej czekają na nowe zdjęcia i opisy. Mam kilka rozgrzebanych projektów, które chcę sprzedawać i wiem, że bardzo się przydadzą.

Co się wydarzyło

Skoro podsumowanie kwartału pomyślałam, że fajnie będzie to podzielić na miesiące. Każdy coś przyniósł, nie o wszystkim wypada mówić. „Nie wypada”, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Niektóre rzeczy warto zostawić dla siebie. Niektóre są zbyt niepewne, aby się nimi dzielić. Po kolei.

Styczeń

Minęło już trochę czasu, ale ja nadal nie potrafię znaleźć słów na opisanie stycznia. Ktoś „życzliwy” postanowił zniszczyć moją markę, którą od półtora roku budowałam. Całą historię już na blogu opisywałam, tłumacząc, dlaczego Pixel zmienił się w Lisa.

Maskotka lisa weszła mi na głowę.

Myślałam, przy pierwszych sygnałach, że coś się dzieje nie tak, będę mogła to odratować. Pamiętam, że nawet nie minął tydzień i było „ty musisz to wszystko usunąć”. Posty jak do tej pory nie wróciły, bo brakuje mi motywacji na ich zredagowanie. Czekają nadal, ale nie wiem, czy się doczekają. Zresztą, coraz mniej mi pasują do drogi, na której chcę się skupić w pierwszej kolejności.

Kiedy już się otrząsnęłam po włamaniu, otworzyłam swoje nowe miejsce. Do zrobienia jest jeszcze sporo, głównie w kwestii treści, ale… Statystyki pokazują, że wszystko idzie w odpowiednim kierunku. Ja też czuje się całkiem dobrze w nowym miejscu, choć nadal tęsknię za Pixelem. 

Luty

Luty upłynął głównie na pracy nad blogiem. Chyba po raz pierwszy zmarnowała tyle kartek na tworzenie map myśli. Co zabawne, wszystkie obecnie wylądowały w koszu. Ja wiem, że to nic dobrego ekologicznie, ale czasami trzeba pomyśleć bardziej egoistycznie o sobie. Od jakiegoś tygodnia zabrałam się za nową mapę myśli. Tym razem tylko z tą jedną, obraną drogą.

Widoki z Poznania.
Po lewej bloki nad Wartą w Poznaniu. Po prawej moje zdjęcie.

Luty przyniósł weekendową wycieczkę do Poznania. Pomijając wiele faktów, tak się nastawiłam na zdjęcia i lipa. Oczywiście pogoda na spacery opisała, ale słońce nie jest sprzymierzeńcem pięknych zdjęć. Zdecydowana większość jest poprzepalana. Fotomontaże co prawda ratują sytuacje, ale ile można upiększać rzeczywistość? Wolę ją upiększać w procesie obróbki.

Kolorowe kamieniczki na rynku w Poznaniu.

Na kilku kadrach przyroda pokazała swoje piękne oblicze. Przez dwa dni pogoda potrafi się diametralnie zmienić. Inne kadry były zbyt ładne po obróbce, aby je przerysowywać, dodając coś od siebie więcej.

Marzec

Najbardziej szalony miesiąc, a najmniej mam o nim do napisania. Nie chcę o pewnych prywatnych sprawach rozmawiać, choć to one pchnęły mnie do wielu pozytywnych zmian.

Marzec po krótce to znalezienie odwagi, aby wyciągnąć głowę z piasku. To miesiąc, w którym zrozumiałam, że nie da się dwóm obranym drogom poświęcać tyle samo czasu. Podjęłam decyzję, że chcę skupić się na jednej. Tej, która przynosi mi więcej radości i zapomnienie o opływającym czasie podczas pracy.

Zapomniałabym o najważniejszym, przecież 24 marca to moje 2 urodziny. Więcej wspominałam o tym, pisząc moje polecenia do Share week 2019. Z jedną rzeczą się powtórzę, a mianowicie z podśmiewania się, że jakieś wydarzenie może sprawić, że rodzimy się na nowo. Od dwóch lat sama przeżywam takie nowe narodziny. Jednej rzeczy tylko żałuję, że dwa lata temu nie uwierzyłam w siebie i nie poszłam od razu w obecnie wytyczoną drogę. Mogła być też ta druga. Nie ważne. Ważne było rozwijanie jednej z nich już wtedy, a tak jestem trochę w tyle.

Co zachwyciło

Kremy do twarzy i rąk

Kto zna mnie już od dłuższego czasu, na pewno nie raz widział u mnie w poleceniach krem RedBlocker na noc. Nie wiem, które to już moje opakowania. Krem uwielbiam i tylko czasami dodaję do niego kropelkę lub dwie jakiegoś olejku nawilżającego. Wszystko zależy od pogody. Po takim czasie i regularnym stosowaniu zauważyłam, że naczynka na twarzy są mniej widoczne i bardziej odporne na zmiany temperatur.

W grudniu zeszłego roku dokupiłam wersję na dzień. Normalnie nie używam, obecnie na zmianę z olejkiem lub łączę ze sobą. Wszystko znowu zależy od pogody i tego, co mam na dany dzień zaplanowane. Na zdjęciu jest już kolejne opakowanie tego kremu. Już sobie nie wyobrażam, nie mieć go pod ręką. Ten zielony pigment ładnie tuszuje zaczerwieniania.

Po lewej krem do twarzy RedBlocker na dzień i na noc. Po prawej kremy do rąk z Yves Rocher.

Kremy do rąk z Yves Rocher urzekł mnie zapachami i opakowaniem. Jeden już zużyłam, drugi się kończy stąd zapas. Wersja z tymiankiem fenomenalnie nawilża. Ta z wanilią niekoniecznie, ale ładnie pachnie. Pozostałe czekają na test. Kremy są bardzo lekkie i szybko się wchłaniają, co jest ich niepodważalnym plusem. Nie lubię tej tłustej powłoki na rękach, a tutaj tego nie ma.

Niepozorne kwiaty lotosu

Ciężko było się zdecydować na matę i poduszkę. Cena nie jest czymś, co zachęca do zakupu. Obecnie uważam, że to były jedne z lepiej wydanych pieniędzy w tym roku. Po 15 – 20 minutach mam wrażenie, jakbym była na prawie godzinnym masażu. Co prawda brakuje mi regularności, ale leżenie na tych igiełkach to bardzo przyjemny ból.

Kwiaty lotosu z bliska z produktów Pranamat i Pranapillow.

Nawet 10 minut leżenia na poduszce sprawia, że w nocy nie drętwieje mi ręka. A trzymanie np. stóp na macie przez jakieś 30 minut załatwia sesję męczenia się z peelingiem. Powiedziałabym nawet, że te kwiaty są lepsze od tarki.

Z Internetu

Czas na kolejne wyróżnienia, którym zabrakło miejsca w Share week. Oczywiście mogłam, je tam dopisać, nie szkodzi, że poza podium, ale… Teraz linki mają większe szanse na bycie otwartymi. Podczas tamtej akcji jest tego tyle, że człowiek ma przesyt i faktycznie tylko miejscami medalowymi zainteresowany.

Bardzo lubię podejście Aliny do planowania, organizacji. Z kalendarzy miesięcznych korzystam, ale plannera jeszcze nie testowałam. Obecnie wydrukowałam kartki i testuję, czy to rozwiązanie dla mnie. Plusem jest to, że planner nie ma dat i można zacząć z niego korzystać w każdej chwili. Poza tym podziwiam, jaką Alina przeszła drogę, aby jej produkt wyglądał tak, jak teraz. Niesamowita dziewczyna.

Kolejna niesamowita kobieta, która stworzyła swoją własną markę ubrań. Od butów po dodatki. Muszę się przyznać, że ubrania Moniki wolę oglądać na zdjęciach. Wszystko jest prześliczne, bardzo eleganckie i klasyczne. I to niekoniecznie jest mój styl obecnie. Ja nie czuję się w takim stylu swobodnie. Do płaszcza trampki pasują, ale do sukienek niekoniecznie. Czaję się jednak np. na koszule, bo to do jeansów i trampek jest idealne.

Pierwszy wpadł mi kanał Magdy na YouTube. Algorytmy mi go poleciły i przepadłam. Przeczytałam większość treści na blogu, aby zacząć testować, czy moje włosy, aby na pewno nie są kręcone. Okazuje się, że są i niepotrzebnie wkurzam się, że tak źle czasami wyglądają. Cały czas chłonę wiedzę, bawię się pielęgnacją i stylizacją. Przestało mi przeszkadzać, że włosy często żyją własnym życiem. Te loczki są urocze.

I pewnie do podsumowania można by coś jeszcze dorzucić, kwartał to szmat czasu, ale będzie nudno. Blog się super rozwija, czym jestem miło zaskoczona. Ja mam coraz więcej motywacji i zapału, aby iść obecną ścieżką. I czasami tylko jest mi przykro, że lekkie treści mają sporo wejść, a merytoryczne niewiele, ale taka nasza natura. Nie ma się czym zamartwiać i robić swoje. Same lekkie treści też mogą się w końcu przejeść. Planując każdy kolejny miesiąc mam inny zloty środek, aby nie było tu zbyt poważnie i zbyt frywolnie.

szukanie zdjęć na stockach
Bez kategorii, Własny biznes

W poszukiwaniu zdjęć na stockach do projektów

Oczywiście są osoby, które nie korzystają z cudzej pracy typu zdjęcia. Wszystko zależy od tego, co tworzymy i do czego takie zdjęcia są nam potrzebne.

Ja sobie nie wyobrażam nie korzystać z darmowej lub płatnej bazy typu stock. Pisząc o tym, czym są stocki, wspominałam, że nie wybiorę się na sesję, jeżeli potrzebuję zdjęcie np. żyrafy do fotomontażu. Praktycznie nie ma dnia, abym nie przeglądała jakiejś bazy w poszukiwaniu odpowiednich zdjęć. Jest wiele projektów, nie tylko fotomontaże, do których takie pomoce są potrzebne.

Z drugiej strony staram się powiększać swoją prywatną bazę zdjęć do wykorzystania. Więc na stockach szukam czasami inspiracji. Trafiając na dziwne zdjęcia w darmowych miejscach, idę dalej, ale… W tych płatnych bazach nie raz zastanawiałam się „co autor miał na myśli”. Zostało mi to z lekcji polskiego w szkole (śmiech). Wiadomo jednak, że interpretacja czasami ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, dlatego warto pamiętać o kilku rzeczach, zanim zaczniemy szukać zdjęcia idealnego.

Czego właściwie szukam

Sama poszukiwania zaczynam od zadania sobie pytanie: do czego konkretnie szukam zdjęcia. Inaczej podchodzą do poszukiwań zdjęć do fotomontaży, zazwyczaj wykorzystuję kawałek zdjęcia. A inaczej do projektów, gdzie wykorzystuję je całe.

Widząc już, do czego potrzebne jest zdjęcie, łatwiej określić, czy mają być na nim osoby, czy sam krajobraz. W jakim wieku mają być ludzie. Jaki klimat ma mieć zdjęcie. Po takiej serii pytań o wiele łatwiej określić, jakie frazy kluczowe mamy użyć, aby znaleźć to, czego szukamy.

Kiedy potrzebuję do fotomontażu płomień, na pewno nie wpiszę słowa ogień. Ogień raczej kojarzy się z ogniskiem, czy kominkiem i takie zdjęcia znajduję. Utrudnieniem w poszukiwaniu jest angielski. Przyznaję, że wiele razy musiałam zupełnie zmienić swoje myślenie o tym, czego szukam. I tak szukając płomienia, poszukuję palących się świeczek, ale… W okno wyszukiwarki wpisuję słowo świeczka.

Praktycznie wszystkie bazy typu stock posiadają filtry, które ułatwiają ich przeszukiwanie. Można szukać zdjęć tylko z ludźmi, a nawet określoną ich ilością. Można szukać określone krajobrazy. Można też określić orientację zdjęcia – w pionie czy w poziomie.

Detale są ważne

Kiedy wydaje nam się, że znaleźliśmy odpowiednie zdjęcie, warto zostawić je np. na godzinę. Wracając do tego zdjęcia, możemy zauważyć coś, co jednak nam w nim przeszkadza. Jeżeli nic nam nie przeszkadza, znaleźliśmy odpowiednie zdjęcie.

Najwięcej uwagi trzeba poświecić zdjęciom, na których są ludzie. Ja już się nie oszukuję i zawsze wychodzę z założenia, że pierwsza ocena jest wystawiana po okładce. Czasami na niekorzyść może wpłynąć układ rąk osoby na zdjęciu czy to, jak się patrzy. Ba, nawet kolor ubrania przy danym projekcie może okazać się nietrafiony.

Szukając zdjęcia do fotomontaży detalem, na który patrzę, jest kolorystyka. Szukam np. zdjęcia ręki z telefonem. Zwracam głównie uwagę na to, czy dam radę obiekt wyciąć bez problemu z tła. Tutaj o zdanie pytam program graficzny, jak mam wątpliwości. Kiedy tworze projekt wykorzystujący całe zdjęcie, lubię spytać innych o zdanie. Już nie raz zdarzyło się tak, że przekreśliłabym zdjęcie, które super zagrało w projekcie. Każdy z nas inaczej coś odbiera.

A skoro już o grafice mowa

Zdjęcia ze stoscków możemy edytować. I nie mam tutaj na myśli jak w moim przypadku, tworzeniu jednego z kilku. Zdjęcia są w tak dużych rozdzielczościach, że spokojnie możemy podzielić je na mniejsze. Jeżeli mamy ochotę, możemy usunąć denerwujący nas detal. Możemy coś dodać czy zmienić kolor np. paznokci. Czasami szybciej coś na zdjęciu zmienić, czy je po prostu przyciąć, niż szukać tego idealnego w niezmienionej postaci.

Więcej niż jedno zdjęcie

Rzadko kiedy zdjęcie, które znajdujemy, jest takim samotnym bytem. Zazwyczaj autor umieszcza kilka zdjęć z tej samej sesji. Sprawdzanie co jeszcze do niej należy, jest bardzo przydatne, kiedy potrzebujemy spokojnych zdjęć do projektu. Często wystarczy kliknąć nick osoby i pokazują nam się wszystkie prace, które zostały przez nią wrzucone.

Konkurencyjne ceny

Mamy wiele baz typu stock, z których możemy wybierać zdjęcia. Osoby dzielące się swoimi pracami, wrzucają je też do więcej niż jednej bazy. Trafiłam już na to same zdjęcia w różnych bazach, mające różne ceny. Warto poszukać. Może być też tak, że w innej bazie dany autor wgrał więcej zdjęć i np. zakup w pakiecie jest tańszy. Też już kilka razy trafiłam właśnie na fakt, że ilość zdjęć danego autora jest różna w bazie.

Oczywiście nie mówimy tutaj o przeszukiwaniu każdej bazy, aby znaleźć, gdzie jeszcze autor udostępnia prace. Google jest naszym sprzymierzeńcem i często wystarczy wpisać imię i nazwisko lub nick autora, aby znaleźć inne bazy z pracami.

A Wy korzystacie ze zdjęć typu stock czy stawiacie tylko na swoje? A może macie jakieś patenty, jak ułatwić sobie szukanie?

mandale
Bez kategorii

Mandale relaksują i pobudzają kreatywność

Pamiętam ten początkowy szał na kolorowanki dla dorosłych. Nawet prawie sama w to wpadłam, a wszystko za sprawą mandali. Chyba tylko z rozsądku nie wydałam majątku na kolorowanki, a nawet próbowałam sama swoich sil w tworzeniu tych wzorów.

Nie powiem, lubiłam w szkole geometrię, ale bez nadmiernego egzaltowania się nią. Podobnie skończyło się z mandalami. W miarę proste nie zbyt skomplikowane wzory sprawiały mi ogromną przyjemność tworzenia, ale… Na coś bardziej skomplikowanego nie starczyło mi precyzji. Cierpliwości z kolei w nadmiarze i wiele razy dawałam sobie szansę.

Jakieś pół rok temu uległam i nagrałam aplikację na telefon z kolorowankami. Jakie wzory są dotąd moimi ulubionymi? Mandale!

Okazuje się, że w internecie jest wiele kreatorów, które pomogą mandalę stworzyć. Można więc stworzyć sobie samemu kolorowankę. Chociaż nie każdy z kreatorów ma możliwość zapisania obrazka w sensownym pliku. Sensownym, czyli najlepiej takim od razu do wydrukowania.

Mandala Creator

Kreator oferuje nam aż cztery kolory do tworzenia linii. Może dla kogoś to mało, ale ja jestem i tak zwolenniczką używania jednego koloru, aby potem bawić się w kolorowanie. Nie wiem czemu, ale nie podobają mi się mandale z kolorowymi liniami. Bez względu na to, czy są jedyną jej ozdobą, czy jeszcze je kolorujemy.

W opcjach mamy do wyboru 6 różnych rodzajów rysowania. Jedynym ograniczeniem w ich używaniu, przy jednym projekcie, jest nasz zmysł estetyczny.

Niektóre z oferowanych opcji ciężko wyłączyć, więc lepiej najpierw wszystkim się pobawić i zobaczyć, jakie ma możliwości. Kiedy już zaczynamy projekt „na poważnie”, lepiej się nie spieszyć, bo można wszystko zniszczyć, właśnie przez ten problem. 

Sporym minusem jest fakt, że gotową mandalę można zapisać tylko w formacie SVG. Jeżeli macie, jaki kol wiek program graficzny, nie trzeba się tym martwić. Po włączeniu można zapisać obrazek np. do formatu PDF i wydrukować.

Okno programu Mandala Creator.

UWAGA: czasami plik może nie chcieć dać się zapisać.

Mandala Creator

Staedtler

Tym razem opcja dla bardziej leniwych. Mandale składa się z gotowych grafik, nie tworzy się linii. Po wyborze grafiki możemy dostosować np. jej wielkość, czy to, jak ma być obrócona. Pomęczyć się trzeba tylko z poznaniem programu, ale już nie z samym rysowaniem.

Mandale możemy stworzyć łącznie na 6 warstwach. Zaczynamy od wyboru Pattern na warstwie i możemy zacząć zabawę. Sprawa z tworzeniem nie jest zbyt prosta na początku, ale nie warto się zniechęcać. Bo tak z drugiej strony, gdybym tworzenie mandali było zbyt proste, tak by nie zachwycały.

Dla mnie ogromny plus, projekty można tworzyć tylko w czarnym kolorze. Jak wspominałam powyżej, wolę dodawać kolor po zrobieniu rysunku.

Kreator mandali Staedtler.

Gotową mandalę możemy wydrukować bezpośrednio ze strony. Możemy też zapisać w formacie PDF i obrabiać dalej w komputerze lub wydrukować w przyszłości.

Staedtlr

Mandala Maker

Dla mnie na pierwszy rzut jest tutaj trochę zbyt dużo różnych fontów (lub czcionek, jak kto woli). Trzeba przełknąć i nie zniechęcać się czasami na wstępie. Czasami! Tę różnorodność jakoś się przełknie, ale dużym minusem jest brak możliwości cofnięcia wykonanego ruchu.

W tym kreatorze nie znajdziemy gotowców i musimy wszystko rysować sami. Plusem jest fakt, że mandale mogą mieć bardzo wymyślne kształty. Minus, że trzeba umieć rysować. Na kartce nawet robienie koronek jest o wiele łatwiejsze. Kreator zwycięża tym, że osoba z pewną ręką nie musi od razu inwestować w program do grafiki wektorowej. Można stworzyć za darmo małe arcydzieła.

Kreator daje nam bardzo duży wybór kolorów. Możemy wybrać kolor z palety lub sami wpisywać według naszych upodobań.

Ułatwieniem przy rysowaniu jest „przymus”, na ile sektorów ma zostać podzielona mandala. Pogram potem sam, to powieli i mandala gotowa. Sprawa ma się podobnie jak ze składaniem papieru i wycinaniem go. Wycina się jeden kawałek, a po rozłożeniu mamy powielony wzór. Tutaj rysuje się w jednym kawałku, a po powieleniu ukazuje się naszym oczom gotowy rysunek.

Kreator jest fajnym, darmowym programem do specyficznej grafiki wektorowej. Poza wyborem kolorów możemy wybrać również grubość pędzla. Nie trzeba też korzystać z odbicia. Można dać się ponieść swojej wyobraźni.

Program Mandala Maker.

Gotową mandalę możemy zapisać jedynie w formacie PNG. Teraz już praktycznie każdy edytor tekstu pozwala nam na wgranie obrazka, a z niego możemy swoje dzieło wydrukować.

Mandala Maker

Jestem ciekawa, czy lubicie mandale.

Ja się muszę przyznać, że choć je uwielbiam, wolę te gotowe rozwiązania już tylko do pokolorowania. Chociaż ostatnio coraz częściej sięgam po przybory i bawię się w narysowanie mandali, którą pokolorowałam. Nie zawsze mam ochotę siedzieć i coś sama wymyślać, a tak mogę spróbować swoich sił z rysowaniem.

mandale

Ostatnie kilka prac tworzyłam na papierze milimetrowym. Te bardzo wymyślne projekty, są o wiele łatwiejsze do wykonania. Tutaj też jest znacznie większa dokładność. Już nie ma strachu, że cyrkiel przesunie się o milimetr i cały rysunek muszę zmaza i zacząć od nowa.

tapeta na walentynki
Bez kategorii

Tapeta na walentynki

Ciężko schować się przed światem i udawać, że Walentynki nie istnieją. Chociaż jeszcze w grudniu, jak na singiel-kę przystało, wzdrygałam się na dźwięk słowa na „w”.

Planując w styczniu posty na nadchodzący czas na blogu, wpisałam tapetę na Walentynki. Wtedy jednak było mi z tym nie po drodze i sądziłam, że będę musiałam mocno zmusić się do jej zrobienia albo zupełnie z tego pomysłu zrezygnować. Zbiegło się to wszystko akurat w czasie, kiedy zostałam zmuszona do usunięcia całej swojej marki. Jak tu kochać świat?

Zanim zaczęłam budować nowe miejsce, na kartce pojawiły się ciekawe pomysły na tapetę z okazji Walentynek. I tak po kilku pomysłach doszłam do wniosku, że warto przemyśleć swoje nastawienie do tego święta. I nie chodzi o to, że gdybym kogoś miała, czekałabym na kwiaty, romantyczną kolację i tym podobne rzeczy. Po prostu ten symboliczny napis „kocham cię” na pluszowym serduszku miałby pełniejsze znaczenie w ten dzień. Czego bym nie napisała, brzmi tak, jak bym tylko w tym dniu chciała wyznawać miłość drugiej osobie.

Z niechęci przeszłam w stan objętości. Skoro inni Walentynki lubią, mogę coś ładnego zrobić. I takim sposobem zaczęłam przenosić z kartki na komputer pierwszy projekt. Na kartce wyglądał znacznie lepiej. Zaczęłam przenosić kolejny pomysł, też mi się nie widział. I tak kilka razy, aż zrozumiałam, że mi po prostu nie odpowiada połączenie niebieskiego – wody – z czerwonym – sercem. Te z pozoru nieudane projekty sprawiły, że doszłam do wniosku, że mogę nawet polubić Walentynki, choć jestem samotna. Dzięki temu powstała minimalistyczna i najładniejsza tapeta.

Tapeta na Walentynki

Co prawda nie mogę powiedzieć, że przeszłam od nienawiści do miłości do Walentynek, ale miałam ochotę kupić coś sobie w tym roku. Kwiaty to taki standard. Marzyło mi się balon w kształcie serca napełniony helem. Przeziębienie postanowiło zamknąć mnie w domu i została tylko tapeta na telefonie.

Grafika komórki z tapetą na walentynki na wyświetlaczu.

Puentując tapetowe rozterki

Nie zawsze trzeba zmieniać punkt siedzenia, aby zmienić punkt widzenia. W tym roku siedzę na tym samym krześle, bo mój status się nie zmienił i jeszcze jestem singiel-ką. Zmienił się jednak mój punkt patrzenia i polubiłam się z Walentynkami. Chociaż będąc sama, nie pójdę w ten dzień do restauracji czy kina (i tak nie przepadam za filmami romantycznymi). Nie wybiorę się też na zakupy, aby nie oglądać par chodzących za rękę. Czasami lepiej nie patrzeć na to, czego się nie ma, a bardzo chciałoby się mieć.

I nie zrozummy się źle. Nie chodzi o to, że jestem przeciwna życiu w pojedynkę. Ja pisze to tylko w odniesieniu do swojej osoby. Trochę mi smutno bez tej przysłowiowej drugiej połówki. Bo ja wolę się posmucić chwilę i otrzeć ewentualną łezkę, niż szukać kogoś na siłę. Życie może napisać jeszcze ciekawy scenariusz.

ALE, ALE! Patrząc na plany biznesowe, blogowe i wszystko, co wkoło tego – w tym roku po drodze mi ze Świętym Walentym.

Follow my blog with Bloglovin