Category

Przemyślenia

Przemyślenia

Podsumowanie 2o19 roku

podsumowanie 2019 roku

Tego podsumowania nie miało tutaj być. Nie jestem dobra w takich formach, choć to nieusprawiedliwienie. Bardziej wynika to z żalu, że nie mam do czego wracać sprzed lat. Ok, na początku uważałam, że nie mam tyle czego podsumowywać, nie mam o czym pisać w podsumowaniu. O sobie za wiele nie chcę opowiadać. Podróży, też niewiele w moim życiu. Więc co podsumowywać? Wbrew pozorom, trochę się tego uzbierało.

W świecie blogów jestem już około 10 lat. Uświadamiając to sobie, chce mi się płakać. Żałuję, że nie mam tego wszystkiego, co do tej pory tworzyłam. Że umiałam to usunąć i w dużym stopniu zapomnieć. Chciałabym się dzisiaj za tamte wpisy wstydzić. Chciałabym stanąć przed dylematem czy ta pierwsza wymyślona nazwa powinna być zastąpiona bardziej pasującą nazwą, czy jednak imieniem i nazwiskiem. Mam też wrażenie, że przez to kasowanie i zmiany, nie rozwijałam się, kręciłam się w kółko. Bez rozliczeń i możliwości zobaczenia tego, co już robiłam, zaczynałam robić to samo.

Posumowanie roku 2019

Tym razem z czystym sumieniem, mogę napisać, że to był przełomowy rok. Stanęłam przed lustrem i patrzałam sobie w oczy, kiedy to mówiłam. W 2019 roku zaczęłam dowiadywać się o sobie niesamowitych rzeczy. Wreszcie zaczęłam pracę nad sobą. Do tej pory od tego uciekałam, nawet śmiejąc się z takiego podejścia. Moje podejście zmieniło się, kiedy w ręce wpadły mi narzędzia, które wypełniane po łebkach, zaczęły rewolucję w mojej głowie. Po prawie 20  latach przestałam uciekać od tego, co kocham i wierzyć, że sztuką nie da się zarobić na życie. Jak to mówią, lepiej późno niż wcale, więc teraz biznes idzie do przodu. Jedynie zdrowotnie, kiedy już zrobiłam krok do przodu, los kazał mi się o dwa cofnąć.

Prywatnie rok – poszukiwania

Przyznaję, że jest to dopiero czubek góry lodowej, ale… Ogromnie się cieszę, że w końcu podjęłam decyzję o tym, że chcę nad sobą pracować i zrobiłam te pierwsze kroki. Zrozumiałam, że potrzebuję kogoś do pomocy, aby poradzić sobie z przebiciem tej góry lodowej. Jak wspominałam, rok wcześniej byłam daleka od szukania pomocy. Do wszystkiego trzeba dorosnąć. 

Nie boję się tego głośno napisać, że 2020 rok zaczęłam od poszukiwań. Na psychoterapie nie mam co liczyć. Dojazd około 50 km w jedną stronę mnie pokonał. Ja wiem, że to zniszczy mnie psychicznie bardziej, niż mi pomoże. Został psycholog, ale i to okazuje się trudne do znalezienia, kiedy mieszka się w małej miejscowości. Specjalistów mniej niż palców u jednej ręki, a jak już się znajdzie, trzeba czekać kilka miesięcy na wizytę. Tak wiem, są rozwiązania przez Internet, ale to musi być w cztery oczy.

Kto szuka, ten w końcu znajdzie. Co prawda bez dojazdu się nie obędzie, ale to nie tak daleko plus nie muszę płacić za spotkania.

Podsumowanie roku – książki

W 2019 roku w moje ręce wpadły dwie niesamowite pozycje plus sporo pomniejszych artykułów. Z książek nie mogę pominąć tej najważniejszej, czyli pozycji Oli Budzyńskiej – „Asertywność i pewność siebie”. Właśnie to ona otworzyłam mi oczy na zmiany. Przyznaję, trochę potraktowałam te ćwiczenia po łebkach, ale to, co potem zaczęło się dziać to kosmos. Nagle zaczęłam się zmieniać, zauważać wiele rzeczy. Przestałam krytycznie podchodzić do szukania pomocy, choć wtedy jeszcze nie byłam na nią gotowa, ale… Miałam okazję odbyć pewną rozmowę, która otworzyła przede mną zupełnie nowe drzwi. Zrozumiałam, że wiele rzeczy to tylko przekonania, które nie są czymś, czego zmienić nie można.

Drugą bardzo ważną pozycją był e-book Doroty Wiszniewskiej – „Twoje wewnętrzne dziecko”. Wstęp jak bym czytała o sobie, swoich emocjach. Nagle też zrozumiałam swoje postępowanie, którego wcześniej trochę się wstydziłam. Przestałam! Otworzyłam kolejne drzwi, które do tego wszystkiego utwierdziły mnie, że grafika to moje miejsce. Nie wiem, kto się kim obecnie bardziej opiekuje, czy ja swoim wewnętrznym dzieckiem, czy ono mną.

Zdrowie

W marcu „świętowałam” swoje drugie urodziny. Znowu zrobiłam to bez tortu i szampana. Nawet o tym nie pomyślałam. Bardziej się cieszyłam, że udało mi się już coś poukładać i zrozumieć. I tak jak na gluten absolutnie nie ma w moim życiu miejsca, tak od weganizmu przeszłam w pozwalanie sobie okazjonalne na mięso.

Przekonałam się, że z mięs najgorsza jest dla mnie wieprzowina, ale jak żyć bez boczku z grilla? Drób jest spoko, ale tylko ten dobrej jakości. Białko jajka jest u mnie do zupełnego wyeliminowania, ale za to mogę pozwolić sobie na pewne rzeczy z nabiału bez laktozy. Dobrze, że choć wszystkie ryby toleruję. Lepiej testować na sobie, niż płacić za pewne badania, których wyniki można między bajki włożyć.

Żeby nie było za różowo, kto ogląda mnie na InstaStroy, ten wie, że pisałam o pewnej rzeczy, która mi się przytrafiła pod koniec roku. Zdaję sobie sprawę, że publiczne i częstsze pisanie o tym, przysporzyłoby mi „sławy”, ale nie jestem jeszcze na to gotowa. Myślę, że niebawem przyjdzie na to czas, wraz z cieplejszymi dniami. Są rzeczy, o których warto mówić, przesuwając swoją granicę prywatności.

Ćwiczenia, medytacja – fiasko

Moje ambitne plany to zazwyczaj zrywy do ćwiczeń, kończące się fiaskiem. Znowu te ograniczenia małej miejscowości, czyli jedyna możliwość to ćwiczenia w domu. Przyznaję, że nie za bardzo mam na to miejsce. Kiepska wymówka, bo gdyby mnie jakieś ćwiczenia porwały, miejsce nie jest przeszkodą. Ciągle szukam czegoś, co skradnie moje serce. Przez chwilę myślałam, że będę miała towarzystwo do ćwiczeń w domu, ale ta osoba ma jeszcze mniej motywacji ode mnie.

Do medytacji też mam słomiany zapal. Choć przyznaję, że nie próbowałam zbyt wielu form i nie szukałam dla siebie odpowiedniej godziny. Od końca 2019 roku moją medytacją jest odcinek serialu. Często potem śnią mi się głupoty, ale jest postęp, bo zazwyczaj rano pamięta swój sen.

Podsumowanie biznesowe

Tutaj też zaliczyłam ogromną rewolucję. Do tej pory dorabiałam pisaniem na zlecenie, ale to nie moja bajka. Nie uważam, że nie umiem pisać, ale nie wychodzi mi to na zawołanie, na sztywno określony temat. Gdzieś tam przewinęły się też różne reklamy na blogu. Zmieniła się tematyka i sporo się urwało. Czuję się, jakbym zaczynała od nowa i dobrze mi z tym. Poukładałam sobie w głowie, czego chcę i w jakim kierunku chcę zmierzać.

Moje produkty

Przez zawirowania związane z hostingiem i przymusową zmianą nazwy, dopiero w 2019 roku odważyłam się pokazać światu swoje produkty. Kto pamięta magiczne kolczyki? Przyznaję, miały mega kiepską promocję. Chociaż częściej wspominałam o nich, niż obecnie o plakatach, które mam w sklepie. W 2020 roku dużo nauki mnie czeka w dziedzinie reklamy, a będzie z czego wybierać w asortymencie sklepu.

W sumie nawet nie wiem, kiedy przestałam o kolczykach wspominać. Chyba kiedy znikły ze sklepu, bo szablon bloga zaczął szwankować. Czasami jeszcze tylko sobie o nich przypomina, kiedy je przekładam. Wiem jedno, że nie umiem ich powiązać z obecną tematyką tak, aby zrobić im godną reklamę. Wiem, że na wszystko przyjdzie czas. Mam masę pomysłów na fajne produkty fizyczne, muszę tylko to poukładać, aby jedno wspierało drugie.

Gdzieś w okolicach wakacji pojawił się sklep z plakatami. To też były przeboje, ale cieszę się, że skończyło się tak, jak teraz. Jak na artystkę przystało, sklep jest wyjątkowy, ma tylko jeden minus, nawet ja o nim zapominam. Gdzieś na początku jeszcze o nim wspominałam, ale promocji nie robiłam. Mam co nadrabiać. Dowiedziałam się jednak, że znikome jest zainteresowanie plakatami w formie fotomontaży do druku. Może inne miałby wzięcie, a może bardziej zdjęcia. Nie ważne, że sklep jest w takiej formie, do której nie muszę dokładać.

Audyt treści

Pod koniec 209 roku dzięki Kasi z Woeqshop zrobiłam audyt treści zamieszczanych na blogu oraz na portalach społecznościowych. Czarno na białym zobaczyłam, że nie tylko się miotam, ale brak mi spójności w publikacjach na różnych portalach.  Zauważyłam, że narzucam sobie za duży rygor częstymi publikacjami, co odbija się na jakości tekstów i przede wszystkim spójności.

Poza domem

W 2019 miałam sporo planów na wyjazdy, ale… Zawsze było jakieś „ale”. Byłam na początku wkurzona, ale jak we wrześniu przespałam terminy, zaczęłam się z tego śmiać. Bo nigdy pieniądze nie były przeszkodą. Przeszkodą okazał się uciekający czas. W domu też coś trzeba zrobić i tak kolejne dni się kończyły. Wspominałam co prawda na InstaStrony o dwóch wyjazdach, ale były związane z rodzinnymi imprezami, więc zapomniałam nawet o robieniu zdjęć. 

2020 zapowiada się bardziej owocny. Wstępnie jest to przedyskutowane z rodziną i mam wsparcie, że potrzebujemy zmiany powietrza, choć na weekend. Właśnie jedno z rodzinnych spotkań zainspirowało mnie do tego, że czas ich odwiedzić, a nie czekać, aż przyjadą do nas. Teraz są takie możliwości i wcale nie trzeba komuś siedzieć na głowie. Z drugiej jednak strony obawiam się na te wyjazdy nastawiać i je planować. Niby coś jest dogadane, ale… Znowu to „ale”.

Plany biznesowe na 2020 roku

Przede wszystkim rozwój sklepu i dorzucenie sporych ilości produktów. Wszystko jest już w szkicach, część zaczęłam realizować, muszę tylko postawić sklep.

Na pewno możesz się spodziewać dużej ilości paczek grafik do samodzielnego dostosowania. Myślę o e-bookach wyjaśniających bardziej szczegółowo i na przykładach graficzne zagadnienia. Mam w planach pewien produkt fizyczny, ale jego wypuszczenie uzależniam od statystyk. Nawet najlepsza reklama może nie dać milionowych zysków. Obecnie bardziej skupię się na paczkach grafik i wartościowych treściach.

Chciałabym w 2020 pomyśleć nad szukaniem kogoś, komu będę mogła oddelegować część swojej pracy. Wiem, że bloger powinien być człowiekiem orkiestrą, ale zaczyna brakować mi doby na realizację wszystkiego, bo życie prywatne zaczyna zabierać zbyt wiele czasu.

Plany dla siebie w 2020 roku

Moim głównym planem jest naleźć czas na odpoczynek. Szykuje się trochę więcej dni spędzonych na wizytach lekarskich plus do tego psycholog, a pracy nie chcę zawalić. Niestety, ale mam tendencję do pracy po nocach i w weekendy, bo czas goni. Czas dla siebie to, co najwyżej medytacja pod postacią serialu.

Dla siebie mam w planach wrócić do „Korepetycji z odchudzania”. Czasami jak zaczynam spisywać to, co jem w ciągu dnia, aż mi się włos na głowie jeży. Zdrowo jest, ale bez żadnego konkretnego planu. Wkrada mi się wiele chaosu. Mam co prawda już w nawyku czytanie składów, ale daję się ponieść zachciankom.

W tym roku powalczę ze swoją niską motywacja do aktywności fizycznej. Co prawda dużo spaceruję, ale jakoś tego nie wliczam do aktywności. Nie wiem, czy zmienię na ich temat zdaniem. Chcę wprowadzić coś więcej, np. jogę. Chodzi o wytrwałość i regularność. Kiedyś fajnie działało na mnie nie tylko wpisanie ćwiczeń do kalendarza, ale określenie z góry, jakie to mają być ćwiczenia.

Jestem ciekawa, jak Ty widzisz swój 2020 rok. Masz już konkretne plany? Z jakim wyprzedzeniem je robisz? Od razu na cały rok, czy na krótszy czas.

planowanie
Przemyślenia

W poszukiwaniu idealnego narzędzia do planowania

Kiedyś bardzo lubiłam pisać o planowaniu. Może to dość górnolotnie powiedziane, że o planowaniu. Bardziej chodziło o pokazanie rozrysowanych tabelek, a w szczególności jak pięknie było wszystko ozdobione. Potem uzupełnianie tego nie szło mi tak gładko. Korci mnie jednak, aby te zdjęcia jeszcze tutaj wróciły, kto wie.

Potem w zasadzie już nawet nie chciałam nic pokazywać, bo czułam się z tym źle. Co z tego, że mam pięknie ozdobione i bardzo użyteczne tabelki, skoro ich nie uzupełniam. Po całym procesie przygotowywania miesięcznej rozpiski traciłam zapał do planowania, a pisanie o tym było sporym oszustwem, w moim wydaniu. 

Potem przyszedł czas na przysłowiowe ponowne narodziny. I takim oto sposobem przez już trochę ponad dwa lata szukam idealnie skrojonego sposobu na organizację dla siebie.

Wielkie plany przez ten czas robiłam na kartkach, które ostatecznie lądowały w koszu. Nawet mi się tych kartek przed wyrzuceniem czytać nie chciało. Co zabawne, zarzekałam się, że taki bałagan idealnie się u mnie sprawdza. Co najwyżej z lekką zazdrością oglądałam piękne rozkładówki innych. Po roku rozrysowywania swoich układów nawet już ich nie kopiowałam. Tak, tylko takim sposobem można sprawdzić, czy coś u nas działa i jak to potem do siebie dopasować. W końcu całe planowanie, tak jak te pojedyncze kartki, wylądowały w koszu, a ja zaczęłam czekać na to, co przyniesie kolejny dzień.

Jako, że z planowaniem nadal jest u mnie różnie, nie będę udawać, że mam już system idealny. Moim celem jest bardziej życiowe podejście do kreatywności, o którym pisałam już na blogu. Bo tylko dzięki zabawie i nieszablonowemu podejściu, można zaleźć system, szyty na miarę.

Po co w ogóle planować

Uważam, że nie da się żyć na pełnym spontanie, czekając, co przyniesie kolejny dzień. Są sprawy, które zaplanować trzeba, jak np. wizyta u lekarza i już tylko ten fakt wymusza życie z kalendarzem. Do tego jeszcze praca, dzieci, więc od kalendarza uciec się nie da, a spontaniczne życie jest tylko pozorne.

A tak szczerze, przy kreatywnym podejściu i chęci do eksperymentowania, można żyć z kalendarzem i mieć wrażenie, że żyje się z dnia na dzień. I właśnie o takim planowaniu chcę Ci dzisiaj opowiedzieć. Mam zaplanowany praktycznie cały ostatni kwartał 2019 roku, ale nie czuję, że mam jakąś presję ilości zadań do wykonania na dany dzień. Co ciekawe, wreszcie przestałam się denerwować, że nie wyrabiam z terminami, bo wszystko mam zrobione przed czasem. Nie ma też tego, że nie mogę w każdej chwili wyjść, czy zamknąć domu i wyjechać. Żyję z kalendarzem, ale czuję, że pozwalam płynąć dniom bez planu.

Miłość do Bullet Journal

Dla mnie jako dla grafika była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nie ukrywam, moje serce skradły nieograniczone możliwości ozdabiania każdej tabelki, kartki, napisu. Skończyło się nudne prostokątne planowanie. Potrafiłam tydzień szykować rozpiskę na nadchodzący miesiąc, byle wszystko było wizualnie dopieszczone.

Po pierwszym oswojeniu się zaczęłam podglądać innych i kopiować ich rozwiązania. Ja nawet jak pokazywałam swoje tabelki, nie pisałam, że to mój autorski system. Nigdy mistrzem planowania nie byłam, więc szukałam, co się u mnie sprawdzi. Czego w planowaniu potrzebuje. Po roku nastąpił kryzys. To, co było do tej pory zabawą, stało się utrapieniem.

Przez wiele miesięcy bawiło mnie nie tylko samo rysowanie i ozdabianie, ale również skreślanie kolorami w danym tygodniu wykonanych zadań. Bo jak to wzrokowiec, ale jak wiadomo, kolory można wykorzystać też w klasycznym kalendarzu, ale… Dobrze bawiłam się przy śledzeniu nawyków czy nastroju. Posiadanie kilku kalendarzy na dany miesiąc w jednym miejscu też się dobrze sprawdzało. Tu kalendarz prywatny, za chwile blogowy i jeszcze do portali społecznościowych. Co prawda można mi zarzucić brak widocznych efektów, ale wynika to z czego innego, nie dosłownie z kiepskiego planowania.

Rozstając się z bullet journalem, czułam się źle. Czułam, że bez tego, czegoś będzie mi brakować, aby mówić o sobie grafik. Jakby rysowanie i ozdabianie tabelek było jakimś potwierdzeniem umiejętności. Zdecydowałam się postawić na coś gotowego, co też nie było dla mnie na dłuższą metę. I tak wymagało to jeszcze za dużo nakładu z mojej strona w każdym miesiącu.

Planowanie z lotu ptaka

Gdzieś tak w maju lub czerwcu tego roku uważałam, że wystarczy mi obraz planów na dany miesiąc. Przez 2 albo może 3 miesiące faktycznie to działało. Takie podejście pokazało mi, że potrzebuję szerszej perspektywy.

Okazało się, że patrzenie z przynajmniej z kwartalnym wyprzedzeniem na plany, jest dużym udogodnieniem. Miałam już wszystko zaplanowane, ale we wrześniu wpadłam w kryzys twórczy. Nie czułam chęci pisania zaplanowanych tekstów, bo tematyka mi się trochę rozjechała. Za daleko odpłynęłam od wyznaczonego nurtu. Zmazałam wszystko i po 10 oddechach już wiedziałam, że muszę się zabrać za to inaczej. Wolę postawić na treściwe teksty a rzadziej niż częściej, a byle jakie. 

Wybawieniem okazał się roczny sucho ścieralny planer od Pani Swojego Czasu. Przyczepiłabym się tylko do jakości. Po starciu tego, co było napisane, zostaje ślad i żadnym sposobem nie da się go usunąć. Bo ja miałam kilka lat temu coś podobnego, ale w formacie A4. Tam zwykły pisak ścierany chusteczka nawet po roku nie zostawił śladu, tutaj bym się zwykłym pisakiem nie odważyła pisać, ale… Będzie pretekst do wymiany, jak pojawi się nowy wzór.

Suchościeralny planer roczny od Pani Swojego Czasu.

U mnie planer wisi na ścianie, aby nie spuszczała z oczu tego, co zaplanowane jest też na kolejne miesiące. Były momenty, kiedy budziłam się na dwa dni przed, że mam np. do zrobienia pudełko do wpisu. Teraz widząc, kiedy ma się pojawić, mogę tworzyć je z doskoku w wolnej chwili. (Tak, brakuje mi też takich projektów.) Z tak dużej perspektywy, łatwiej zadbać o spójność wpisów.

Ach, ta codzienność

Zmęczyłam się bullet journalem. Miałam już tabelki, które się u mnie sprawdzały, ale nie miałam już ochoty spędzać czasu na ich rysowanie. Wiedziałam, że przyszedł moment, że potrzebuję czegoś w jakimś stopniu gotowego.

Czas bym pewnie znalazła na rysowanie, nawet pewnie i ozdabianie, ale nie mam na to ochoty. Potrzebuję widzieć rok w szerszej perspektywie niż miesiąc. Sprawy na kolejny miesiąc lądowały na jakichś kartkach czy w telefonie, a ja miałam poczucie, że zaczynam tracić nad tym kontrolę.

Zdecydowałam się kupić planer Design Your Life. W połowie gotowe rozwiązanie wydawało mi się idealne. Nawet już szerzej pisałam o tabelkach, które są w środku, jak i o samym planerze.

Kartki z planera od Design Your Life.

Po kolejnym miesiącu używania najbardziej zaczął irytować mnie brak dat. Wiem, że brzmi to zabawnie, a jednak. Oczywiście mogłam poświecić chwilę i rozpisać daty np. na dwa miesiące od razu, ale coś poszło nie tak. Zniechęcenie z powodu bullet journala pewnie się we mnie obudziło. Nigdy też nie przepadałam na kołonotatnikami. W planerze nie piszę tak dużo, ale jednak po pięciu miesiącach wiem, że to nie dla mnie rozwiązanie. 

Potem myślałam, że Asana będzie wybawieniem. Telefon i tak mam zawsze przy sobie, do tego nie marnuję tyle papieru. I tak jak przy dużych projektach jest idealnym rozwiązaniem, tak do codziennego planowania brakuje mi papieru. 

Jest jednak jedna rzecz, która od lat się nie zmienia. Potrzebuję miesięcznego kalendarza i to takiego, którego przez przypadek nie wyrzucę. Czasami muszę wracać do zapisków.

Bo bujanie w obłokach to za mało

Nie mogę się napatrzeć na mini planer z konstelacjami. Poza tym, po tych testach innych rozwiązań, doceniłam ten wyjątkowy papier w planerze. Choć kiedyś byłam sceptycznie nastawiona. Co prawda nie każdy długopis i nie każda kredka się do tego papieru nadaje, ale to już wyśrubowany przeze mnie efekt, jaki chce widzieć na papierze. Mam do niego idealne narzędzia i jestem zadowolona z efektów wizualnych.

Mini planer w konstelacje od Pani Swojego Czasu.

Wróciła mi chęć na tworzenie różnych tabelek. Na ozdabianie niemal każdej strony. Na kreatywne wyżywanie się, ale już bez presji, że muszę to zrobić, aby mieć w czym planować.

Mam miesięczny kalendarz, który co prawda nie jest w 100% gotowy, ale mnie to nie zniechęca do niego. W zasadzie mam cały kalendarz na pół roku rozpisany. A reszta mini planera? Resztę traktuje jako notes.

  • To w nim są specjalnie przygotowane strony pod nowe produkty do sklepu.
  • Jest też miejsce na pomysły nowych artykułów na blog.
  • W planerze jest cała lista pomysłów na fotomontaże do zrealizowania.
  • Na pewno znajdą się tutaj moje cele na 2020 rok oraz jakieś tabelki pozwalające śledzić mi ich realizację.
  • Mam też w nim notatki z różnych kursów, webinarów, przeczytanych książek i tak dalej.
  • I oczywiście kreatywne szaleństwo z ozdabianiem. Chociaż nowe tabelki najpierw testuję na luźnej kartce i dopiero jak się sprawdzą, lądują w planerze.

W kalendarzu, czy tym typowym planerze takich rzeczy nie miałam. W bullet jouralu były, ale i tak dla mnie gubiły się w codzienności. Tutaj mam notatki, do których będę wracać nie raz, nawet kiedy kalendarz już przestanie być aktualny. Choć i do niego czasami fajnie będzie wrócić, bo testuję na nim wiele rozwiązań.

Wiem jedno, że do typowego bullet journala już nie wrócę (chociaż kto to wie), ale gorąco zachęcam do jego spróbowania, jeżeli szukasz odpowiedniego systemu organizacji dla siebie. Boulet journal dał mi możliwość przetestowania wielu tabelek, dzięki czemu wiem, co jest mi potrzebne, a co jest zbędne jak np. śledzenie nastroju.

Na 2020 rok będę szukała gotowego kalendarza. Zdecydowanie brakuje mi planowania zadań na dany dzień czy tydzień na papierze. Zostanie ze mną planer roczny, który okazał się idealnym rozwiązaniem. I mini planer jako kalendarz i notes w jednym.

A jak jest u Ciebie? Idealna organizacja czy tak zwany spontan? A może nadal uważasz, że żyjesz z dnia na dzień, ale jednak z kalendarzem w tle?

cechy dobrego grafika
Przemyślenia

Cechy dobrego grafika

Cechy dobrego grafika, czyli mogłoby się z pozoru wydawać, że to w zasadzie introwertyk. Dla mnie jednak musi mieć w sobie nawet więcej niż szczyptę ekstrawertyka. Do tego trzeba dorzucić poczucia estetyki i radzenie sobie w biznesie.

Osobiście bardzo lubię siedzieć w domu. Obowiązujący nieformalny strój, typu piżama lub ciepły dres, w zależności od pory roku. Żadnego makijażu, żadnego strojenia się tylko tworzenie grafik, fotomontaży na komputerze. Może nie tylko, dochodzi do tego jeszcze odpisywanie na maile (czasami wychodzę z siebie, nie z domu) i pisanie wpisów. Co prawda nie łatwo zmotywować się czasami do działania, ale efekty dodają kopa. A rozpraszacze? Czasami przeszkadzają, czasami pomagają się skupić.

Z drugiej strony, zaczynam coraz lepiej czuć się w towarzystwie. Bardzo lubię słuchać ludzi, co jest moim ogromnym atutem i bardzo przydaje się w pracy. Staram się sprawić, aby inni w moim towarzystwie czuli się swobodnie i dali ponieść wodze fantazji. Nie ma głupich, złych czy dziwnych pomysłów. Każdy ma coś w sobie i każdy warto przemyśleć.

Cechy dobrego grafika

Nie tylko dobremu grafikowi można te cechy przypisywać. Sporo cech jest uniwersalnych. 

Kontaktowość

Grafik nie koniecznie musi pracować twarzą w twarz z klientem. Co jest ułatwienie w kontaktach, ale jednak jest to praca z drugim człowiekiem. Potrzeba cierpliwości i wbrew pozorom empatii. Można tylko zebrać suche fakty o projekcie, ale wtedy on może nic nie sprzedać. Dobrze jest wejść w bardziej osobistą strefę, ale trzeba wyczuć, kiedy lepiej się wycofać, bo to już nie jest potrzebne. Wyczucie tego momentu, kiedy informacji jest odpowiednia ilość.

Zdyscyplinowanie

Tą kwestię zrozumieją raczej tylko osoby, które pracują w domu. Idzie jesień, a wraz z nią czas spadania liści z drzew i krzaków. Zaczyna się sezon na sprawdzanie, czy nie ma do podniesienia i wyrzucenia jakiegoś liścia, byle tylko nie pracować. Oczywiście, będąc grafikiem, łatwo sobie to wytłumaczyć. Dobrze się oderwać od monitora, przewietrzyć umysł, nabrać świeżego spojrzenie i tym podobne brednie.

W szkole należałem do osób, robiących wszystko, prawie dosłownie, na ostatnią chwilę. Po latach testowania na sobie różnych trików, jak planować będąc na swoim, potrafię zaprząc się do pracy. Już nie lubię robić wszystkiego na ostatnią chwilę. Czasami tylko rozpisuję projekty na mega drobne zadania tylko po to, aby łatwiej było się zabrać do pracy i skończyć przed czasem.

Zmysł estetyki

I aż wstyd tutaj tę cechę wymieniać, tak oczywista się wydaje. Niestety, patrząc na prace, wtedy taka oczywista już nie jest. Nawet wśród osób, które za estetów się uważają.

Wiem, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto jest bez winy. Sama też nie zawsze jestem idealna, dlatego tak bardzo lubię pytać innych, co myślą o danej pracy.

Grafika to sztuka, nie tylko rzemiosło i ciężka harówka. Trzeba umieć patrzeć, najlepiej trzecim okiem. Łatwo zamiast czegoś eleganckiego, stworzyć kiczowaty projekt. Po raz kolejny wszystko sprowadza się do nauczenia oka patrzeć.

Odwaga

Ile moich prac nie ujrzało światła dziennego tylko dlatego, że uważałam się za niewystarczająco dobrą. Za mało uzdolnioną. Za mało rozpoznawalną.

Najwięcej odwagi dało mi (nadal daje) publikowanie nieperfekcyjnych prac. Powinna się wstydzić, że je wypuszczam, w końcu mogę bez zastanowienia powiedzieć, co jest do poprawy, ale praca ujrzała światło dzienne. Daje mi to kopa do walki, kiedy jestem zniechęcona do tworzenia. Taka inna forma przewietrzenia umysłu.

Poza tym trzeba mieć odwagę do wypuszczania czegoś nierealnego. I odwagę do pokazania światu fotomontażu, wyglądającego jak zrobione chwilę wcześniej zdjęcie. Odwaga do zabawy, bez patrzenia, że ktoś to skrytykuje. 

Fajnie, jak komuś coś się nie podoba. Jak ktoś napisze, co by zmienił. Lubię pytać o zdanie, lubię też czytać zdanie innych.

Dostatecznie

Bo mam chwilę, po co bezsensownie przeglądać Facebook, jak mogę poszukać odpowiednie zdjęcia do fotomontażu. Przecież lubię to, co robię. Nie uważam tego za pracę. Szukanie tego jednego zdjęcia to rozrywka.

Co ciekawe, kiedy tworze coś dla klienta, potrafię powiedzieć sobie, że teraz już jestem po pracy. Może nie do końca, ale winą jest prywatne podejście. Ja odpoczywam, tworząc fotomontaże dla siebie. Wiadomo, że szukam do nich odpowiednich kadrów i samo często wpada mi, że znajduję ten idealny do projektu w pracy.

Wpadam w błędne koło, tłumacząc się, że ja nie pracuję. I wiem, że blog to też moja praca, nie tylko projekty dla klienta, ale czasami pochłaniają mnie tak bardzo, że muszę poświecić swój prywatny czas na pracę.

Oddawanie gotowych projektów, wiąże się też z odwagą, o której wspominałam. Kolejnym błędnym kołem jest niewyznaczenie z góry listy poprawek. Oczywiście po oddanym projekcie. W trakcie realizacji sprawa ma się trochę inaczej.

Wymienione cechy dobrego grafika, nie tylko do grafika można podpisać.

jak się uczyć
Przemyślenia

Jak się uczyć, o podejściu do procesu uczenia się

Jak się uczyć i nie o technikach mowa, a o podejściu do procesu uczenia się dla siebie. Brakowało mi w szkolnych czasach presji do zdobywania dobrych ocen, stypendiów, czerwonego paska. I ja wiem, że to brzmi dziwnie, bo mamy uczyć się dla siebie, ale…

Byłam bardzo zagubioną osobą w czasie szkoły. Problemy zdrowotne odbiły się tym, że po prostu dryfowałam bez wysiłku. Nie miałam jednak problemu z ocenami. Wiedza przychodziła sama przy minimalnym wysiłku. Nie chcę się nad tym rozwodzić, bo czasu nie cofnę i nie zmienię, ale odbiło się to w późniejszym życiu. Długo nawet nie zdawałam sobie sprawy, co konkretnie jest nie tak. Takie staranie się dopasowania do otoczenia, które od szkoły nie koniecznie chciało mieć w sobie daną jednostkę.

Jak się uczyć, czyli o rozwoju słów kilka

Jeszcze długo po studiach była we mnie postawa, że muszę się teraz, już bardziej na poważnie, dopasować do społeczeństwa. Skoro nie kolejny etap studiów to kursy, może coś dwuletniego czy rocznego. Obsesyjne rozsyłanie CV. Dopasowanie się do otoczenia, w którym żyję, prawie za wszelką cenę. Ślepe pokazanie, że ja nie jestem gorsza od innych.

W zasadzie, z tą moją firmą było podobnie, jak z kobietami siedzącymi na urlopie macierzyńskim. Teraz jest czas i można działać, rozkręcając swój biznes. Niektórym się nawet udaje, ale to powiedzmy szczęściary. Specjalnie używam takiego sformowanie, bo to bardziej złożony temat. Nie mam nikomu za złe, że wyszło i nie śmieje się, że nie wyszło. W zasadzie chodzi o perspektywę patrzenia.

Myślę, że z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że częstą pobudką do zakładania biznesu, jest chęć zmiany. Są środki, niższe składki ZUS, czyli jakoś to będzie z wizją, że w dwa lata to już będzie super hulać. A może jednak warto zacząć od uczenia się? Od poznania terenu?

I co ma to wspólnego ze szkołą, o której pisałam? No właśnie ta postawa do nauki. Zauważam, że wypowiadając się na jakiś temat, mam rację, ale to nie ma znaczenia, bo ja się nie znam, czytaj, nie mam na tą wiedzę papierka. I podobnie podchodziłam do biznesu. Że na pewno to nie działa, bo ja nie mam papierka. Że nie mam wiedzy, bo ten papierek. Bo wiele rzeczy uczyłam się dosłownie dla siebie, ale było to postrzegane, jako marnowanie czasu. I faktycznie było, skoro wszystko chowałam do szuflady.

Czas na naukę

Tak jak już wspominałam kiedyś o daniu sobie czasu na poukładanie spraw. Nie pamiętam, abym dała sobie czas na naukę. Chodzi mi o taki zaplanowany czas. W szkole to też był tylko moment, kiedy zbliżał się sprawdzian albo coś było do zrobienia.

Na tym polu brakowało mi presji, że mam np. 30 minut siedzieć i się uczyć. Ja już wtedy wiedziałam, jakiego przedmiotu ma dotyczyć, ale coś nie zagrało. I tak to się do dzisiaj ciągnie, że wiem (niby wiem), czego mam się uczyć, ale nie potrafię wyznaczyć sobie na to określonego czasu.

Nie pamiętam, jakie miałam wymówki w szkole. Teraz, bo ten kurs na żywo idzie w taki godzinie, ten webinar w innej i nie wszystko ma powtórkę. A jak była powtórka to mi się w plan dnia nie wpisuję. Bo ja to tak niekoniecznie umiej robić dwie rzeczy naraz. Pewnie mogłabym tak długo wyliczać. Co ciekawe, czas na przeglądanie Instagrama czy granie mam zawsze.

Jak się uczyć – zaczynam wakacjami

Z własnej perspektywy widzę, że najlepiej zacząć od wakacji. Miałam moment, kiedy zapisywałam się na dosłownie wszystko, co w danym temacie było organizowane. Gorzej był już z oglądaniem, ale ja się przecież uczę. Z tym że te moje wakacje, nie były zupełnym lenistwem. Były czasem z planem, jak w ogóle za naukę się zabrać.

Czego i po co chcę się nauczyć

U mnie lista była prosta (śmiech): marketing, prowadzenie biznesu, wszyto związane z portalami społecznościowymi, tworzeniem strony, stawianiem sklepu, wiedza o grafice. Czuję, że coś jeszcze pominęłam, ale… Czego ja się w zasadzie chciałam uczyć?

W szkole brakowało mi tej presji na 30 minut nauki, ale wiedziałam, jaki przedmiot ma być priorytetem. A teraz? Łapię wszystkie skorki za ogon, bo jestem dorosła i mogę.

Swoje wakacje zaczęłam od zrobienia listy, na której znalazło się dosłownie wszystko to, czego chcę się nauczyć. Nie tylko blog czy biznes, inna wiedza też się tam znalazła. Potem starałam się każdy temat rozpisać bardziej szczegółowo, bazując na wiedzy, którą już mam w danym temacie. Przyznaję, ilość mnie przytłoczyła. Wyszło mi kilka kartek A4, a mam tylko 24 godziny i 7 dni w tygodniu.

Zrobiłam sobie trochę przerwy i wróciłam do listy, aby zacząć ustalać priorytety. Zajęło mi to sporo czasu, bo ciężko przestać nagle uważać, że nie wszystko jest ważne. Jak po takiej selekcji zostanie nam czysta kartka, to nic złego. Trzeźwe spojrzenie to podstawa.

Źródła wiedzy

Moja poczta to taka farma linków, czyli posiadam masę wiadomości z już wygasłymi linkami do szkoleń. Tak, nadal nie zrobiłam tam porządku, bo w każdym mailu jest przy okazji wartościowa treść. Na tym polu moje wakacje jeszcze trwają, czyli porządki z czasem.

Chodzi mi o to, że nie warto zapisywać się na wszystko i do każdego, kogo znajdziemy, zajmującego się daną dziedziną. Ja wiem, że darmowa wiedza korci, a boli, że potem za to trzeba zapłacić, ale… Mamy te 30 minut przeznaczone na naukę i tak 3 przynajmniej godzinne webinary, do których zaraz kończy się czas dostępu. Na jakiej prędkości trzeba je obejrzeć, aby się wyrobić?

Tylko Simy wynosiły wiedzę, ucząc się z taką szybkością. Często też zdarza się tak, że wiedza się powiela i człowieka dopada jeszcze większa frustracja, że coś przeoczył, a na to zmarnował czas.

Notatki to podstawa

Oklepany frazes, ale nie mogło go tu zabraknąć. Od kiedy sięgam pamięcią, nie byłam mistrzem notatek. Wtedy też nie było skąd czerpać wiedzy, więc człowiek robił je tak, jak potrafił. I choć czasy się zmieniły, ja nadal mam problem z robieniem notatek.

Bo ja mam taką głupią postawę, że albo wszystko zapamiętam, abo chce wszystko spisać, bo wszystko jest ważne. Uczę się cały czas tego, aby wysłuchać, obejrzeć coś raz i dowiedzieć się, o czym mowa. Podejść do tego drugi raz i zrobić notatki. W notatkach wypisać dosłownie wszystko, co uważam za ważne. Dopiero za chwilę zrobić selekcje. Wiem, że to zajmuje więcej czasu, ale lepiej zmarnować trzy razy po 30 minut na jedno zagadnienie, niż przerobić trzy zagadnienia po łepkach.

Działanie w małych krokach

Nie każdą zdobytą wiedzę, uda się od razu wdrożyć w życie. Długo mnie to frustrowało. Tyle się mówi, że takie zbieranie informacji, to ćpanie wiedzy i marnotrawstwo czasu. Przy zrobieniu selekcji, czego chcemy się uczyć. Przy określeniu skąd i od kogo. Lepiej zrobić od razu notatki i dać temu poczekać.

Zdobyta wiedza może przydać się dopiero za miesiąc, dwa, trzy, ale do tego czasu popadamy w myślenie, że tylko ćpamy wiedzę. A może tego czasami potrzebujemy? Czy wszystko musi się od razu przydać? Czy zdobyta wiedza w ogóle musi nam się przydać?

Lubię oglądać programy przyrodnicze. Naturalne jest, że czegoś się w tym czasie uczę. Czy ta wiedza mi się przyda? Mogę nie mieć okazji pływać z rekinami, więc wiedza się nie przyda, ale chcę wiedzieć coś o tych zwierzętach. Poszerzajmy swoje horyzonty, nie patrząc tylko na to, że zdobywana wiedza musi nam się przydać. Tak zapamięta się więcej, nawet (a może w szczególności) rzeczy, które faktycznie wykorzystamy.

Wiele rzeczy naraz

Długo się buntowałam, że ja nie umiem uczyć się ważnych rzeczy, robić coś innego. Błąd! Wszystko zależy od tego, jaką przyjmie się postawę. Jeżeli słucham podczas sprzątania, tracę tylko raz 30 minut na zrobienie notatek. Z materiałem zapoznałam się, robiąc coś innego, równie ważnego w danym momencie.

Nie staram się już na siłę (bo tak to często się kończyło) wyciągnąć ważnych lekcji i od razu wdrożyć je w życie. Nie zawsze poświęcam czas na notatki, bo uważam, że jednak tam nic nie ma do notowania. I nie mam poczucia zmarnowanego czasu, tak samo, jak poświęcenie czasu na notatki podczas drugiego słuchania, czy oglądania.

Nie ważne w jakim miejscu jesteś

Nie wiem, czy już zauważasz, że tekst jest uniwersalny. Nie ważne, w jakiej sytuacji życiowej się znajdujemy, zawsze można znaleźć czas na naukę. Dobre podejście, może być równoznaczne z presją, która nie jest przymusem.

Ja wiem, że w zasadzie każdy z nas chce od razu wiedzieć wszystko, wszystko umieć i jeszcze mieć masę wolnego czasu. Przy dobrym nastawieniu w 30 minut można nauczyć się więcej niż w trzy godziny.

U mnie jeszcze gdzieś dochodzi do głosu przekonanie, że skoro siadam do nauki, muszę mieć z niej efekty – notatki – i wdrożyć zdobytą wiedzę od razu w życie. Nie ma czegoś takiego jak dojrzewanie, wiedza to nie roślina. Tylko z taką postawą cały czas kręcę się w kółko i mam do siebie pretensje. Nie jest też tak, że muszę codziennie poświęcić te 30 minut na naukę.

Poza tym, bez względu na to, w jakiej sytuacji jesteśmy, nie warto wywierać na siebie zbyt dużej presji. Jeżeli mamy gorszy dzień, mniej czasu, lepiej odpuścić sobie nawet z góry zaplanowaną naukę. Wiadomo, że szkolne czy studenckie czasy wyglądają trochę inaczej, ale w dorosłym życiu zbyt duża presja wywierana na siebie, może przynieść odwrotny skutek.

A Ty poświęcasz chwilę czasu w ciągu dnia na naukę? A może szkoła skutecznie zniechęciła Cię do tego występku?

projektowanie
Przemyślenia

Projektowanie nie jest równoznaczne z byciem grafikiem

Projektowanie nie jest równoznaczne z tworzeniem np. grafik. Względem tematu projektowania narasta sporo mitów, które nawet tutaj w komentarzach są powielane. Czas na małe sprostowanie.

Z różnymi dziedzinami sztuki jestem związana od najmłodszych lat. I gdyby nie pewne fakty, mówiłabym, że szybciej tworzyłam rzeczy, niż zaczęłam mówić, ale mniejsza o to.

Były rysunki, kolorowanki, plastelina, modelina (do dzisiaj za nią nie przepadam), różne rzeczy związane z papierem, nićmi… W zasadzie nie wiem, czego nie próbowałam. Aż w końcu przyszedł czas zostawienia wszystkiego na rzecz cyfrowych projektów, czyli poszłam w grafikę. Projektowanie przyszło później.

Co ciekawe, pierwsze kroki w projektowaniu były związane z tworzeniem np. ulotek dla kogoś. Zagrał ten jeden z mitów, że skoro tworzę grafikę, co to dla mnie zrobić ulotkę. Wtedy też uważałam, że te dziedziny są ze sobą powiązane mocniej, niż uważam teraz. Wtedy nieświadomie, teraz już w pełni świadomie, jestem związana z oboma tymi dziedzinami (jest jeszcze kilka rzeczy, ale też świadomie).

Projektowanie a bycie grafikiem

Zaczynając od grafiki, naturalne dla mnie było, że dam sobie radę z projektowaniem. W praktyce nie do końca tak to wygląda. U mnie grafika była powiązana ściśle z fotomontażami, czyli czymś bardzo abstrakcyjnym. Okazało się, że projektowanie ma pewne ramy, schematy, w które trzeba się wpasować, aby projekt był udany.

I tak jak nie lubię schematów, tutaj są one idealnym rozwiązaniem. Wystarczy poznać podstawy i można zaprojektować świetną prezentację, przykuwające oko CV, a nawet zaproszenia.

Jest tyle różnych narzędzi i gotowych prac, w których wystarczy zmienić kilka elementów, że nawet nie trzeba uczyć się o projektowaniu, aby to robić. Oczywiście są kwestie, jak na przykład kolory, gdzie przydałoby się zgłębić temat, ale i tu są gotowe rozwiązania. Jest wiele stron, które oferują nam gotowe schematy. Wystarczy się ich trzymać. Podobnie sprawa ma się z fontami. Ktoś już stworzył listy gotowych połączeń.

Wiadomo, że nie zawsze i nie wszystko zrobimy samodzielnie, ale warto zainteresować się gotowymi rozwiązaniami, jeżeli jesteśmy na początku drogi i nie chcemy wydawać pieniędzy.

Do projektowania potrzebny jest talent

Zaczepiłam już o to w powyższym micie. Oczywiście, dobrze byłoby mieć dobre oko, wyczucie, popularne „to coś”, aby łatwiej było tworzyć projekty, ale… W kwestii projektowania, oko można wprawić.

Co chodzi o tworzenia fotomontaży, nie powiem Ci, jak i co ustawić, aby osiągnąć dany efekt. Tutaj potrzeba tego czegoś, talentu i oka, aby praca wyglądała jak zdjęcie, nie jak fotomontaż. Przy projektowaniu mamy schematy i wystarczy się ich trzymać, aby tworzyć zniewalające projekty.

Estetyki można się nauczyć, podglądając gotowe projekty. Oko można wyćwiczyć, przerabiając gotowe projekty. Ok, nie projekty, a gotowe szablony. Tworzenie, tworzenie i jeszcze raz tworzenie, a będą efekty.

Oczywiście, że niektórym projektowanie przychodzi prościej, ale to nie oznacza, że inni tego robić nie mogą. Przerobienie 10 szablonów, już zacznie coś zmieniać w naszym postrzeganiu. Przejście 10 tutoriali z fotomontaży da niewiele, jeżeli nie mamy tego czegoś. Projektować może każdy i to z super rezultatami.

Posiadanie do czegoś talentu ułatwia sprawę. Potrzeba wtedy mniej czasu na naukę, a pewne rzeczy przychodzą z łatwością. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet posiadając talent, nie trzeba się uczyć.

Potrzeba profesjonalnego oprogramowania

Profesjonalne, czyli często mamy na myśli drogie. Mamy taki postęp, że jedno z drugim już nie jest równoznaczne. Jeżeli coś jest za darmo, nie oznacza, że nie jest profesjonalnym narzędziem. 

Jeżeli szukasz gotowych szablonów np. na potrzeby publikacji na portalu społecznościowym, zobacz, w jakim programie są tworzone. Myślę, że nawet osoba zajmująca się projektami zawodowo, stworzy wszystko Canvie, aby klient mógł sam potem zmieniać elementy. Wszystko jest kwestią dogadania się i opłacenia.

Znowu ten papierek

Mam wrażenie, że mit o potrzebie papierka, jeszcze krąży. Może nie bezpośrednio, ale coś w tym musi być, skoro niektórzy tak chętnie podkreślają, jakie mają wykształcenie w grafice. Takie niby mimochodem wspominanie, jaką kończyło się szkołę. Serio to takie ważne?

W dzisiejszych czasach projektować można nauczyć się samemu. I powtórzę jeszcze raz, praktyka i ćwiczenie oka, są kluczem do sukcesu. Wiele osób, których projekty zachwycają, nie ma skończonej żadnej szkoły w tej dziedzinie. Nikt nie wpoił im zasad, których mają się trzymać. Takie osoby nie boją łamać się schematów, eksperymentować.

Polecam wpis w temacie: Papierek nie czyni artystą, czyli rozwijanie umiejętności projektowania

Myślę, że fajnie jest nauczyć się podstaw projektowania, aby nie być wiecznie od kogoś zależnym. Żeby za byle pierdół nie płacić. Powierzyć profesjonaliście stworzenie spójnych grafik np. na portale społecznościowe, a potem samemu umieć je dostosować.

Z drugiej strony, człowiek ma czasami potrzebę wypuszczenia czegoś nieidealnego. Sama mam tak co jakiś czas z fotomontażami. Mogę wyliczyć w danym zdjęciu błędy i napisać, co powinnam poprawić, ale i tak to publikuję. Tak działa presja portali społecznościowych, gdzie ma być coś publikowane często, bo inaczej ludzie odchodzą. I tego Ci życzę, aby nie dać się zwariować tej presji, podczas nauki projektowania.

Projektujesz coś dla siebie czy zlecasz to innym?

inspiracja
Przemyślenia

Czym w zasadzie jest inspiracja?

Jak często zdarza Ci się czekać na inspiracje? Na ten moment, który pozwoli stworzyć coś wyjątkowego? Zarobić pieniądze? Ten moment, który okaże się przełomową chwilą?

Długo żyłam w przeświadczeniu, że czy to teksty na blog, czy fotomontaże, a nawet zdjęcia muszą czekać na inspiracje. Lepiej leżeć i czekać na cud, niż działać i samemu szukać. Dzięki takiemu podejściu, zdecydowanie za długo żyłam w próżni. Niby coś się dzieje, bo czasami inspiracja przychodziła, ale znaczną część czasu nie działo się nic, bo inspiracja jest wybredna.

Przyszedł moment, kiedy przestałam czekać na inspiracje, a zaczęłam działać. Wiele rzeczy szło nieudolnie, bo nie czułam tego flow (no dobra, inspiracji) do tworzenia, ale działałam. Projekt za projektem lądował w koszu, ale gdzieś tam już przestałam czuć, że jestem zawieszona w nicości. A skoro działam, mimo porażek, oznacza, że inspiracji można się nauczyć. Wypracować w sobie takie mechanizmy, aby zaczęło brakować czasu na realizację, a nie pomysłów na działanie.

Nawet przy takim podejściu zdarza się, że pomysłów brakuje. Gdzieś tam chodzę i powtarzam, że nie wiem, o czym pisać. Torpeduje swoje własne pomysły na fotomontaże, doszukując się w nich problemów z wykonaniem albo brakiem odpowiednich zdjęć. Uruchamia się taka typowa, ludzka natura i to jest całkiem normalne. Przestałam jednak się z tego powodu zadręczać, leżeć na łóżku i czekać na spłyniecie inspiracji. Staram się w takich momentach działać, aby zaprosić do siebie inspirację.

Rób nowe rzeczy

Można też odwiedzać nowe miejsca, ale czasami to kosztowne. A z drugiej strony może wywołać dodatkową frustrację. Chcemy gdzieś być, ale właśnie z powodów finansowych, czy czasowych nie damy rady i inspiracji nie przywołamy.

Może to nie jest najlepszy przykład, w końcu fotomontaże w moim przypadku to żadna nowość, ale… Nowością jest publikowanie ich i podpisywanie swoim imieniem i nazwiskiem. Kiedyś zdecydowanie bardziej komfortowo czułam się, robiąc to anonimowo. Patrząc na to, co publikowałam z początku po powrocie, to tak, jakbym robiła to od zera. Jakby to było dla mnie coś nowego.

Książka przyjacielem

Niekoniecznie jestem zwolenniczką czytania historii innych ludzi. Myślę, że to dlatego, że nie wpadłam jeszcze na fajnie napisaną książkę. Takie pozycje zamiast mnie inspirować, frustrują. Co innego krótsza forma tego typu treści. Faktycznie potrafi dać kopa do działania.

Nie będę jednak oszukiwać, więcej inspiracji przynoszą mi książki o jakichś bestiach, wróżkach, magii i tym podobne. Życie w świecie fotomontaży bardziej lub zmyślone historie i to jak najmniej realne. Każda dziedzina ma swoje ulubione tematy.

Sporo dała mi e-book Oli – Pani Swojego Czas – o budowaniu biznesu. Co ciekawe, na początku się kłóciłam z tym, o czym Ola w nim napisała. Naturalny bunt, bo jak to tak, a nie inaczej. Przesłuchałam jednak całość i odłożyłam na wirtualną półkę. Po jakimś czasie zaczęłam zauważać, że w tym ma racje, w tamtym ma rację. Zaczęłam widzieć błędy, które sama popełniałam i to nie tylko czysto biznesowe. Treść, którą przeczytałam, musiała we mnie dojrzeć.

Rozmawiaj z innymi

Już od dawna pytam innych co myślą na temat jakiegoś mojego pomysłu. Och, jaka ja byłam kiedyś wkurzona, jak zostałam skrytykowana. Przecież to takie genialne. Jak można to krytykować? Zawsze powtarzałam sobie, że oni się nie znają. Ja wiem lepiej. Z perspektywy czasu wiem, że zawsze wyszłam na róg krzywej ulicy z takim podejściem.

Obecnie każda krytyka, jest dla mnie cenną wskazówką. Wywołuje we mnie przypływ kreatywności. Zaczynam kombinować, jak coś zmienić, ulepszyć, poprawić, aby dostać za chwile inną opinię. Opinię w bardziej pozytywną stronę.

Tworząc fotomontaże, bardzo często pytam choć jedną osobę, co myśli. Z początku byłam sfrustrowana, że nie ma od razu efektu wow. A teraz?  Teraz jak dostaję komentarz „no fajne”, zastanawiam się, co zrobiłam źle. Jak nie wpadam od razu na pomysł, zamykam program i idę robić coś innego. Wracam ze świeżym spojrzeniem, poprawiam i znowu pytam. Powtarzam proces tak długo, aż reakcja będzie wow i wtedy wiem, że prace mogę publikować.

Dbanie o siebie

U mnie inspiracja (też kreatywność) wróciła, kiedy wróciłam do regularnych treningów. Ten moment maksymalnego skupienia się na tym, co robię, aby nie zrobić sobie krzywdy, jest świetnym pretekstem, do niemyślenia o pracy. Nie mam na to czasu. Dla mnie to moment resetu.

I oczywiście, gdybym poszłam na rower, czy pobiegać – nic z tego nie będzie. Gdzieś tam, cały czas myślę o pracy. Joga jest dobra, bo muszę skupić się na oddychaniu. Fajne są ćwiczenia, gdzie muszę liczyć powtórzenia. Trening z dodatkowym obciążeniem też jest fajny, bo skupiam na nim myśli, nie na pracy.

Nie chcę myśleć o pracy

Jak wspominałam przy książce Oli. Dopiero jak pozwoliłam jej działać, bez rozmyślania, stał się cud. Podobnie jest u mnie z treningami. Dzięki takiemu „relaksowi” wszystko zaczyna się samo układać.

Najgorszy jest dla mnie monet, kiedy faktycznie chcę odpocząć. Kiedy chcę skupić myśli na czymś innym lub na kimś. Ile ja wtedy ze sobą walczę, bo właśnie w takich momentach, mam najlepsze pomysły. Właśnie wtedy, kiedy ze sobą walczę, wszystkie puzzle zaczynają do siebie pasować.

Inspiracja nie jest muzą

Inspiracja to nie zamykanie się na pomysły, które do nas przychodzą. Inspiracja to ich spisywanie i realizowanie. Nawet tylko próba realizowania, jeżeli do pomysłu nie jesteśmy przekonani. Każdy kolejny pomysł i ewentualna próba wdrożenia go, przywołuje następne pomysły. Z inspiracją jest jak z lawiną.

Widzę czyjś fotomontaż i zaczynam się zastanawiać, jak ja bym do tego podeszła. Co bym zmieniła. Czytam jakiś tekst i rozmyślam, jak ja do tego tematu podchodzę. Często przy takim podejściu, powstaje nowy tekst na bloga, bo okazuje się, że mam inne spojrzenie od autora. Że mam inne przykłady z życia.

I żeby była jasność, bo niedawno było o wysyłaniu kreatywności na urlop. Dla mnie inspiracja i kreatywność to nie jest to samo. Inspiracja to pomysły, a kreatywność jest wdrażani ich w życie. W takim moim ujęciu oczywiście trochę nad wyrost, ale inspiracja lubi bierność. Kreatywność wręcz odwrotnie kocha działanie. Obie te dziedziny idą w parze i świetnie się ze sobą uzupełniają.

proces
Przemyślenia

Proces tworzenia, nie droga dążenia

Ostatnie dwa miesiące to sporo porażek na moim koncie. Z perspektywy czasu, wiele z nich odbieram jako bardzo pozytywne kopniaki. Oczywiście, zdarzyły się też inne, ale okazały się potrzebne.

Wiem, że zabrzmiało to, jak taki hurra optymizm. Próba przekonania, że porażkami nie warto się dołować. Że warto wyciągać z nich wnioski. Że liczy się późniejsza perspektywa patrzenia. Dopisz sobie, o czym jeszcze zapomniałam w ramach tych motywacyjnych bzdur, jakimi jesteśmy ostatnio karmieni. Nie da się jednak oszukać fakt, że porażki są czasami bardzo potrzebne. Tak samo, jak i spojrzenie na nie z perspektywy dzisiaj.

Obecnie jestem na etapie „potrzebuję odpoczynku”. Głownie z powodu sklepu nagromadziło się we mnie za dużo negatywnych emocji. Doszłam do ściany, gdzie nie ma już we mnie złości czy wkurzania się, ale jest bezsilność i chęć rezygnacji. Wizja była piękna, aż do momentu jej realizacji.

Proces nie jest drogą

Tak jak poprzednie motywacyjne bzdury działają trochę, jak czerwona płachta na byka, podobnie jest ze sformułowaniem „pokochać proces”. I niby jest to oczywiste, ale ile frustracji to we mnie wywołało w ostatnich dwóch tygodniach.

Budowanie swojej marki, nauka bycia w związku, nowa praca i wiele innych rzeczy to proces. Słowo proces można zastąpić mówieniem o drodze (choć teraz wiem, że to duży błąd). Sama kiedyś (jeszcze nieświadomie) wręcz nadużywałam tego stwierdzenia. Gdzieś tam dałam się wkręcić w powtarzanie tych motywacyjnych tekstów, bez zastanawianie się nad tym, jaki mają dla mnie sens. I „nagle” jestem tu, gdzie jestem z chęcią rzucenia wszystkiego w kąt.

Drogą po prostu się idzie. Są jakieś zakręty. Są wyboje. Są do ominięcia dziury. Nigdy jednak nie pomyślałam, aby danej dziurze przypisać coś konkretnego. Dziura to dziura, a nie np. niechęć do napisania kolejnego wpisu. Przez tyle lat prowadzenia bloga, nigdy nie zastanawiałam się, po co w zasadzie moja droga ma te zakręty. Są, ok. Skręcam i idę dalej.

Dopiero w tym tygodniu, po kolejnej porażce ze sklepem, uświadomiłam sobie, że nazwanie tego procesem, bardzo dużo zmienia. Proces to są etapy, a etapy trzeba jakoś konkretnie nazwać. Na drodze był zakręt, tutaj jest etap, który ma np. etykietę tematykę bloga. Etap może mieć podkategorie. Ok, za zakrętem mogą być rozwidlenia, ale to nic nie zmienia, to nadal ta sama droga, która nie ma konkretnych nazw.

Wypisałam sobie to, co uważam ostatnio za porażki. W pewnych sprawach, jak choćby sklepu, zasięgnęłam języka. Jeżeli dalej będę się upierać, że to DROGA, można powiedzieć, że chodzę wkoło. Patrząc na wszystko jak na proces, zaczyna to się układać w jedną całość. Sporo porażek to problemy, które widziałam, ale ignorowałam, bo to tylko dziura na drodze. A teraz?

Nie ma perfekcji za darmo

Nie mówię, że jak zapłacę, będzie perfekcyjnie. Ludzka natura, że będzie chciał coś za chwilę zmieniać, bo ma inną wizję, ale… Po zasięgnięciu języka zostały mi zdjęte klapki z oczu. Przestałam się oszukiwać. Okazuje się, że do mojej perfekcji, są dwa rozwiązania. Pierwsze to zapłacenie osobom, dla których sprawy techniczne to chleb powszedni. Drugie to zajęcie się tym samemu kosztem innej pracy.

Wiadomo, że opis tego, że coś jest perfekcyjne, ulega zmianie wraz z czasem, ale przyjmijmy, że perfekcja to jedna, główna wizja.

Oba rozwiązania są kosztowne, z czego jedno już na starcie ma wycenę. Rozwiązanie z rzuceniem wszystkiego na rzecz sklepu i funkcjonowania strony, ciężko wycenić. Dopiero po czasie okaże się, ile to mnie będzie kosztować i myślę tu tylko o stronie materialnej tego wszystkiego. Wiem, że psychicznie będą wzloty i upadki. Korcą mnie oba rozwiązania, z czego przy drugim, nie chcę rzucać wszystkiego i dalej tworzyć, pisać, czyli tu zaczyna się zły perfekcjonizm.

Urlop od myślenia

Wracając do pojęcia drogi, łatwo wziąć sobie urlop od myślenia. Na rozdrożu można usiąść i nawet udawać, że rozmyśla się nad wyborem ścieżki. Można też zawrócić i udawać przed sobą, że nie ma problemu. Ile razy właśnie tak postępowałam. Bagatelizowanie faktów, bo przecież tylko złą drogę wybrałam.

Patrząc na to z perspektywy procesu, ucieczka nie jest już praktycznie możliwa, bo dokąd? Każdy proces składa się z etapów, a tego tak łatwo nie da się zignorować, więc warto poświęcić czas na rozmyślanie o tym.

Urlop od myślenia to bardzo dobry pomysł, ale… Co sama po sobie zauważyłam, nie warto brać go na siłę. W ostatnim miesiącu każdy dzień, w którym go świadomie planowałam, przynosił więcej frustracji i nerwów.

Za dużo Zosi samosi

Co ciekawe, nie przepadam za samotnymi spacerami, tym bardziej po lesie. Nie czuję się komfortowo, więc którędy prowadziła ta moja droga, że chciałam robić wszystko sama? Na tym się znam, tego się nauczę, tu szkoda pieniędzy i tak dalej. Fajnie jest umieć zrobić wiele rzeczy samemu, ale to potrafi nas bardzo ograniczać. Potrafi spowalniać i dołować.

Wracając do tych moich dwóch rozwiązań i urlopu od myślenia. Postanowiłam, że mam dość robienia wszystkiego sama. Co z tego, że się na tym znam? Wiem, że jak dołożę sobie kolejny obowiązek, znowu podejmę złą decyzję i będę się na siebie wkurzać. Dobrze jest czasami coś oddelegować innym, którzy zajmują się tym na co dzień.

Podchodzą do tej samodzielności jako do procesu, po rozpisaniu etapów, można zauważyć, co czyha na końcu. Czy napotykając na drodze kilka ścieżek, widać, co jest na ich końcu?

Łatwo zgubić cel

Nie zliczę, ile razy w ostatnim miesiącu chciałam rzucić wszystko w diabły, bo kolejny raz, coś, co robiłam, nie przyniosło oczekiwanego efektu. Kiedy dochodzi do tego jeszcze wydanie niepotrzebnie pieniędzy, frustracja wzrasta. Tylko z drugiej strony, gdyby nie to, faktycznie bym już wszystko rzuciła.

Kiedy ustaliłam ze sobą, że mam do czynienie z procesem (nie jednym), nie różnymi drogami, frustracja zaczęła odchodzić. Publikując pierwszy fotomontaż na głównym koncie Instagrama, coś ze sobą ustaliłam. Nazwanie wszystkiego procesem pozwoliło mi uświadomić sobie, że ja nie widzę siebie w innym miejscu, niż bycie artystą. Pozwoliło mi się nie poddać, a znaleźć inne etapy, aby osiągnąć cel.

Nagroda za mały krok

Nie wiem, jak Ty, ale ja mam problem ostatnio z nagradzaniem siebie za małe sukcesy. Już pal licho te porażki. Były i sukcesy, ale ostatnio ciągle mi mało. Nie szkodzi, że odhaczyłam kolejne wykonane zadanie na liście, przecież nie będę świętować, bo wyniosłam śmieci. Chodzi mi o niezauważanie drobnostek, które zbliżają mnie do sukcesu.

Pojmując wszystko jako drogę, miałam wrażenie, że cały czas się cofam. Wiesz, jeden krok w przód, dwa w tył. Proces nie ma kroków w tył. Mogę się zatrzymać na czymś, aby to rozpisać bardziej szczegółowo, ale to i tak będzie krokiem do przodu.

I ja nie mówię, że to podejście może uchronić od pomyłek i popełniania błędów. Nie jest też receptą na złe samopoczucie i uniknięcia doła przez klika dni. Proces pozwala się nie cofać. Pozwala się zatrzymać i pomyśleć albo zrobić sobie wolne od myślenia.

Moim największym przekleństwem, które nie pozwalało mi ruszyć z miejsca, było postrzeganie wszystkiego jako drogi. Pójdę tą drogą, najwyżej zawrócę. Gdzie doszłam? Kręcę się w kółko i cały czas chcę być Zosią samosią. Udało mi się też w tak zwanym międzyczasie wysłać kreatywność na zbyt długi urlop. Na swój sklep też szukałam wśród gotowych rozwiązań, zamiast podejść do tego kreatywnie.

Podejście do sprawy, jak do procesu pozwoliło mi spojrzeć na wszystko z innej perspektywy i już nie mogę się doczekać, kiedy wszystko ujrzy światło dziennie. Tym razem jednak nie będę robiła wszystkiego sama.

A Ty idziesz drogą czy traktujesz to jako proces?

jak rozmawiać z klientem
Przemyślenia

Jak rozmawiać z klientem? Bądź swoim klientem

Na mailu czeka wiadomość z pytaniem o usługę graficzną, napisanie tekstu, czy sesję zdjęciową, branża nie ma znaczenia. Mail czeka, a Ty kolejne godziny zastanawiasz się, co z tym fantem zrobić. Z jednej strony radość, z drugiej przerażenie, a mail nadal czeka.

Odpisywanie na maile z pytaniem o ofertę nie należy do łatwych. Z resztą nie tylko maile, ale również wiadomości na portalach społecznościowych. Ciągle się uczę jak być profesjonalistą, ale jednocześnie nie zdradzać swoich zasad, odpisując na takie wiadomości. Jak z kulturą odmówić, jeżeli oferta mi nie pasuje? Jak rozmawiać z klientem, aby nie było niepotrzebnych niedomówień? Osobiście, czasami używam trochę za dużo skrótów myślowych, co nawet w pozostawionych u kogoś komentarzach, potrafi wprowadzić niepotrzebne zamieszanie.

10 oddechów zanim zaczniesz odpowiadać

Przychodzą czasami takie chwile, kiedy mam otwartego maila przez godzinę i co jakiś czas wracam, aby go przeczytać i pomyśleć nad odpowiedzią. Sama ze strony firmy, do jakiej piszę, oczekuję wyczerpującej i profesjonalnej odpowiedzi. Nie tylko zdawkowej odpowiedzi na moje pytanie, która rodziny dodatkową lawinę pytań.

Przychodzą czasami maile, które muszą poczekać dzień lub dwa na odpowiedź. Przy odpowiadaniu na zadane pytania, kierowanie się intuicją bez przemyślenia, może nie być najlepszym pomysłem.

Gorzej, kiedy wiadomość jest skierowana na portalu społecznościowym. Gorzej dlatego, że tutaj druga strona oczekuje szybkiej odpowiedzi i nie ma się co jej dziwić, taka specyfika miejsca. Wtedy sytuacje ratuje, chociaż te 10 oddechów, zanim zacznie się odpisywać.

Jak rozmawiać z klientem?

Szanujmy swój czas

Osobiście jestem zwolenniczką krótkich, rzetelnych i bardzo na temat wiadomości. Działa to również w drugą stronę. Nie lubię otrzymywać wiadomości, gdzie dopiero po zadaniu któregoś z rzędu pytania dowiaduję się, co jest np. tematem współpracy. Niby artystka, ale jednak ścisłowiec i cenię sobie w kontaktach konkrety.

Kiedyś uważałam, że przygotowanie automatycznych odpowiedzi na powtarzające się pytania jest w pewnym sensie, olewaniem klienta, ale… Ile razy mogę odpisywać na pytanie, na które odpowiedź jest na stronie?

Nie wiem, czy nadal, ale był moment wysypu matrymonialnych ofert na Instagramie. Sporo takich wiadomości dostałam, ale nie o to chodzi. Chodzi o szacunek, a w zasadzie jego brak. Nie ukrywam na portalu tego, jak mam na imię, a pierwsze pytanie zawsze było właśnie o nie. Dla mnie to taki przykład wiadomości, która powinna iść od razu do śmieci, a jednym ratunkiem, aby tam nie wylądowała, są przygotowane szablony odpowiedzi.

Matematyka uczy konkretów

Miałam takim moment, kiedy pisałam dość długie wiadomości, skacząc po temacie, aby „przygotować klienta” na konkret. Takie zachowanie wynikało z braku wiary w siebie i usługę, jaką oferuję. Początki to zazwyczaj wątpliwości i teraz sama się z tego śmieję, ale nie śmieję się z innych, którzy tak odpisują. Wszystkiego człowiek uczy się z czasem.

Akurat w przypadku grafik, bardzo lubię konkretne przykłady, jeżeli z treści wiadomości wynika, że chodzi o coś konkretnego, co klient już zobaczył. Przy fotomontażach lubię otrzymywać próbki zdjęć, na jakich mam pracować. Inaczej ciężko wycenić mi, ile coś ma kosztować. Sama czasami się denerwuję, jak nie mogę odpisać bardzo konkretnie, bo właśnie nie dostaję konkretnej wiadomości. Często mam potem uczucie, że może za mało w odpowiedzi napisałam, nie wyczerpałam tematu. 

Bez odbioru

U siebie na stronie mam informacje, w jakim czasie odpowiadam na maile. Nie uważam, że zostawiam wiadomość bez odpowiedzi, jeżeli ktoś czeka np. dwa dni na nią. Człowiek nie żyje samą pracą. W innym wypadku mam właśnie automatyczne odpowiedzi, które wyjaśniają, dlaczego konkretna odpowiedź zajmie mi trochę więcej czasu.

Uczę się odsyłać do kontaktu mailowego ze mną osoby zainteresowane, jaką kol wiek formą współpracy, a piszącą na portalu społecznościowym. Nie wiem czemu, ale tam wiadomości traktuję bardziej prywatnie, niż biznesowo. Może dlatego, że właśnie tam oferta powoduje lawinę dodatkowych pytań z mojej strony i nie chcę, aby klient był przytłoczony wiadomościami. Wiąże się to również z tymi konkretami, o których pisałam, a dodatkowo, z tym że lubię widzieć całą sprawę w jednej wiadomości, a nie przewijać rozmowę. Czasami powoduje to niedomówienie, bo żadna ze stron nie musi być na danym portalu obecna całą dobę przez siedem dnia w tygodniu.

Oficjalnie, czy nieoficjalnie

Przyznaję, że wolę mniej oficjalną formę zwracania się do siebie. Mam wtedy wrażenie, że uda się o wiele szybciej dogadać. Nigdy jednak nie staram się wychodzić z inicjatywą, bez uprzedniego pytania. Wiem, że nie wszyscy życzą sobie kontaktu na ty. Szanuję to.

Jako klient uważałam jedną firmę za wzór. Nie dość, że rzeczowe maile, bardzo pomocne osoby, właśnie nie było tego kija w pupie i oficjalniej formy. Nawet maile, które coś mi „wytykały” były bardzo przyjemne i powodowały uśmiech na twarzy, ale… Jakiś czas temu coś się stało i maile są oficjalne. Maile są bardzo oficjalne ze zwracaniem się do mnie na „pani”. I wcale bym się temu nie dziwiła, gdyby wcześniej tego kija nie było.

Bardzo lubię, kiedy od razu dostaję maila od klienta bez tych oficjalnych zwrotów. Od początku atmosfera jest przyjazna i człowiek jest nawet bardziej skłonny do negocjacji, a tak? Podałam swoją cenę i się nie będę targować.

Poznać klienta

Czasami dobrze jest o tej drugiej stronie, która do nas pisze, czegoś się dowiedzieć. Teraz bardzo dużo osób udostępnia masę informacji o sobie, warto to wykorzystać. Tak jest z tym wspominanym przeze mnie imieniem. Wiem, że wymaga to trochę czasu, ale warto. Z perspektywy klienta czuję, że ta osoba faktycznie chce nawiązać ze mną np. współpracę. I nie chodzi mi o poznanie informacji od imienia i nazwiska po numer buta, chyba że zajmujemy się wyrobem obuwia.

Jak każdy medal i w kwestii tego, jak rozmawiać z klientem jest ta druga, mniej sympatyczna strona. Coraz częściej stajemy po obu stronach barykady, czyli jesteśmy konsumentem i klientem.

Nie każdy odpisze

Nie mam problemu, z tym że klient nie odpowiada na mojego maila z informacją konkretnej oferty. Wiadomo, że jest mi trochę przykro, bo się nad tym napracowałam, ale wolę cisze, niż czytać o dziwnych wymówkach.

Kiedyś jeszcze po jakimś czasie wysyłałam maila, czy coś się stało, czy wszystko w porządku albo coś w tym stylu. Obecnie wolę zostawić to w takim niedomówieniu. Samej czasami też mi jest głupio napisać, że dana usługa jest jednak za droga. Wychodzę z założenia, że jeżeli klient będzie zainteresowany w dalszym ciągu ofertą, sam się odezwie.

Jeżeli cisza jest jednak specjalnym zabiegiem i przetestowaniem mnie, jak zareaguję. Z taką osobę, nie chcę robić żadnych interesów. Dlatego wolę, aby wiadomości wisiały w próżni.

W kwestii ceny

Już wspominałam, że u mnie z negocjacjami bywa rożnie. Całe życie polega na tym, że gdzieś jesteśmy traktowani lepiej, gdzie indziej neutralnie lub gorzej, bo i tak bywa.

Zdarza się, że po wycenie usługi, korespondencja się kończy. Kilka razy zostałam również na lodzie, mimo zapewnień i obietnic, ale… Teraz mam już przygotowaną automatyczną odpowiedź dla tych, których negocjowanie nie obejmuje. Nie mam charakteru dziadka i nie przepadam za tym, aby się targować. Wiem, że niektórzy, jak mój dziadek, bez tego nic nie kupią. Ich sprawa, ja się nie muszę na to zgadzać.

Najgorsza jest desperacja

Skoro ustalam sobie godziny pracy, poza nimi nie odpisuję na wiadomości. Ok, nie trzymam się tego kurczowo, bo jeszcze się tego uczę, ale… Na maile staram się odpisywać tylko w godzinach pracy. Co najwyżej mogę go odczytać poza nim, aby pomyśleć o odpowiedzi, ale nie odpisać. Jeżeli np. na mojej stronie coś nie działa, ale może to poczekać, nie piszę do firmy w sobotę czy niedzielę. Nawet po godzinie 17 nie zawracam głowy. Ja też chcę mieć wolne, a czasami sama muszę okupować maila. Bo coś wymaga mojej obecności.

Pamiętam te kilka lat temu desperackie współprace i to nie tylko moje, ale również te z opowiadań. Robienie wszystkiego tylko po to, aby zatrzymać klienta, jest jak strzał w kolano.

W takim razie jak rozmawiać z klientem? Rozmawiajmy z nim podobnie do tego, jak sami chcielibyśmy być traktowani. Już wspominałam, że teraz coraz więcej osób stroi po obu stronach barykady i tymi oczami patrzmy na siebie, przy wzajemnej komunikacji.

spontaniczna decyzja
Przemyślenia

Spontaniczna decyzja o założeniu własnej firmy

Podejmujesz czasami decyzje pod wypływem impulsu czy raczej jesteś typem osoby, która musi wszystko przemyśleć? Rozmyślanie i analizowanie nie są złe, ale ile przez to umiera genialnych pomysłów, i zapału w człowieku do pracy.

Czy każdą poważną decyzję trzeba przemyśleć?

Ile już razy zastanawiałam się nad decyzją, wiedzą w głębi ducha, że ja już ją podjęłam. Wtedy zaczyna się napływ różnego rodzaju „ale” i prób racjonalnego utwierdzania się, że podejmę dobrą decyzję.

Tak, dwa lata temu podjęłam taką decyzję. Niby spontaniczną, niby gruntownie przemyślana, ale do dzisiaj ostateczny biznesplan nie powstał. Powstała za to przez dwa lata niejedna lista, która pod wpływem innych uświadamiała mnie w przekonaniu, że podjęłam złą decyzję. Że źle się za wszystko zabrałam. Że powinnam poczekać. Że za szybko podjęłam decyzję. Takich „że” mogłabym jeszcze długo wyliczać.

Bo ta z pozoru spontaniczna decyzja była gruntownie przemyślana. Ok, brakowało doświadczenia i to nie mojego, a zdobytego bardziej od innych osób. Nie zawsze da się wszystko budować tylko na własnym. I mam wrażenie, że potrzebowałam jakby przespanych tych dwóch lat, aby wreszcie zdać się na swoją intuicję i podążać za marzeniami.

Nie wychodzi mi analizowanie i racjonalizowanie

Co prawda nie podjęłam decyzji z dnia na dzień o założeniu własnej działalności, ale przez prawie dwa lata jej prowadzenia, właśnie takie mam wrażenie. A wszystko przez próby racjonalnego tłumaczenia wszystkiego.

Przez ten czas powstał niejeden biznesplan. Oczywiście sporo z nich na podstawie porad i pomysłów innych. Po buncie doszłam do wniosku, że nie warto żadnych „dobrych” słów skreślać, bez przemyślenia. Intuicja podpowiadała mi, że to nie jest dobra droga, ale… Miałam zachować się racjonalnie i przestać bujać w obłokach.

Większość rad od zawsze była zła

Klasyka gatunku o tym, że ze sztuki nie da się wyżyć. Że na sztuce nie buduje się swojego biznesu. Faktycznie w to uwierzyłam i to na za długo. Ile mi w tym czasie przeszło projektów koło nosa.

Dobra rada, że nie powinnam ustalać wysokich cen, bo nikt tego nie kupi. Na to przecież nie ma popytu. W sztuce to już w ogóle przecież nie jestem drugim Van Goghiem czy Picassem, aby takie ceny dyktować.

Te dobre rady o badaniu rynku, o sprawdzeniu ile inni za coś biorą, o schodzeniu na ziemię. O kurczę, ile tego jeszcze tam było. Oczywiście, nie zawsze wszystko wprost. Czasami popieranie mnie i przytakiwanie z miną politowania, i pewnej pogardy.

Kim ja chcę być?

Kiedyś pytałam o radę, aby uzyskać różne opinie i ewentualnie coś poprawić na swojej drodze, zmienić ją. Czasami zmiana następowała o 180 stopni, bo myślałam, że ktoś faktycznie ma rację. Osoba doświadczona wie, co mówi. I nie byłoby w tym nic złego, gdybym tak dosłownie tego wszystkiego do siebie nie brała. Powinno to trochę inaczej wyglądać. Bo w pytaniu innych o zdanie nie ma nic złego pod warunkiem, że chcemy mieć więcej opcji do rozważenia, a nie brać je za pewniak.

Gdzieś w głębi serca i tak wiedziałam, jaką chcę podjąć decyzję. Dałam sobie jednak sama siebie zwieść tym wszystkim „ale”. I temu, że spontaniczne decyzje są dobre, ale nie jeżeli planujesz swoja przyszłość.

Gdzie w tym wszystkim jestem JA?

Już kiedyś wspominałam, że w krytycznych sytuacjach nie dałam sobie czasu na odcięcie się od wszystkiego i przeżycie tego. Byłam cały czas nakręcona, że skoro dopiero coś buduję, taki „urlop” to strzał w kolano. Nawet w szpitalu miałam laptopa i plany na pracę. Na szczęście, odpuściłam.

Te dwa lata własnej działalności były też dyktowane przez rady innych i fakt, że wszystko musi być racjonalne. Bez badania rynku się nie da, a z bujania w chmurach powinnam już wyrosnąć.

Szczerze? Dopiero teraz czuję, że podjęłam dobrą decyzję, że rozwijam w odpowiednim kierunku biznes. Wbrew pozorom, te dwa lata nie poszły na marne. A może ja się tylko tak usprawiedliwiam? Nie ważne, ważne, że czuję ekscytację za każdym razem, kiedy coś nowego wypuszczam. Że budowanie sklepu sprawia mi frajdę, Że blog to przyjemność, a nie przykry obowiązek.

A faktycznie schodząc na ziemię. Już jakiś czas temu miał zostać otworzony newsletter. Teraz to popularne i tutaj nie chciałam od tego odchodzić, bo czułam, że to dobra droga, czyli coś darmowego za zapis. Skoro tu sporo tekstów o grafice pomyślałam, że fajnie będzie stworzyć szablon identyfikacji wizualnej. Miałam już wszystko gotowe, zostało tylko poskładać to w systemie do wysyłki maili. Na moje szczęście, okazało się, że coś źle zapisałam, muszę to poprzenosić, aby działało. No w pewnym sensie zacząć od nowa.

Czemu szczęście? Przecież to kolejne dni zwłoki w uruchomieniu newslettera. A jednak dało mi to do myślenia, że ja nie chcę być jak inni. I nie jak inni, że nic nie oferuję. Nie jak inni, że daję ten szablon identyfikacji wizualnej. Oczywiście jest to przydatne, ale… Posłuchałam intuicji i możesz spodziewać się otrzymania fajnych plakatów do wydrukowania. Przecież fotomontaże mają być moją pierwszą wizytówką. Druga też jest, ale dopiero szkic na papierze. Mam też pomysł na trzecią. Wszystko w graficznych tematach.

Wiem, że zaliczę jeszcze nie jeden dzień z wątpliwościami. Dopadną mnie dni, w których będę chciała z tego zrezygnować. Na pewno zrodzi się jeszcze wiele wątpliwości. Gdzie jednak bym zaszła, gdybym ciągle słuchała „dobrych rad” i olała impuls?

Zdaję sobie sprawę, że wielu osobom może się to nie spodobać i będą miały mi za złe (choćby wzrokiem), że uparcie obstaję przy swoim, ale już na to nie zważam. Bo czy na prawdę warto zawsze rozważać wszystkie za i przeciw?

jak robić ładne grafiki
Przemyślenia

Jak robić ładne grafiki?

Sporo już na ten temat było, ale w zasadzie jak robić ładne grafiki? Wbrew pozorom, diabeł nie jest taki straszny, jak go malują.

I wiem, że czasami ta poradnikowa wiedza może odstraszać. Zniechęcać do tworzenia. Pomyślałam, że fajnie będzie napisać o moich przemyśleniach. Bo tak, ja też czasami mam dylemat, jak robić ładne grafiki. Po prostu, jak u stereotypowej kobiety, wizja potrafi zmienić mi się jakieś trzy razy w ciągu godziny. Przecież prace tworzę dla siebie, nikt nie narzuca mi ram, w które mam się wpisać. Więc tak, ostatnio stworzyłam ładne grafiki, ale jednak przestały takie być, kiedy zaczęłam uzupełniać je treścią. Nie ten klimat.

Też mi się przyda wpis, do którego będę mogła w chwilach kryzysu wracać i nie będzie on typowym poradnikiem. Pamiętam o tych luźnych zasadach, ale gdzieś w głębi serca jeszcze do głosu dochodzi perfekcjonizm. Czas rozprawić się z przekonaniami, że trzeba posiąść tajemną wiedzę, aby tworzyć ładne grafiki. Czas pójść po niekonwencjonalne sposoby na to, jak nauczyć się tworzyć ładne grafiki. Znaleźć sposób na uciszenie w sobie wewnętrznego krytyka. I tego potworka, który cały czas podpowiada, że prace innych są o wiele lepsze.

Zanim jak robić to, po co robić ładne grafiki

Dla własnej satysfakcji. Co tu więcej dodawać? Na blogach może aż tak tego nie widać, ale już sprawa ma się inaczej z portalami społecznościowymi. Muszę naprawdę kogoś bardzo lubić, czy cenić jego wiedzę, aby przymknąć oko na brzydką grafikę i nie uciec z krzykiem. Niestety, ale fakt, że mamy darmowe programy do tworzenia grafik sprawia, że potworków jest coraz więcej.

Nie wierzę osobom, które mówią (wręcz zarzekają się), że nie dokonują pierwszej oceny książki po okładce. Myślę, że wiele marek upadło, bo nie trafiło wizualnie do żadnej grupy docelowej ze swoimi grafikami. Pewnie w dobie dbania o środowisko i bycia ekologicznym nawet sukienka z worka jutowego (nie czepiajmy się materiału) osiągnęłaby wysoką sprzedaż, ale… Nie oszukujmy się, czy faktycznie taki wygląd bez ideologii się sprzeda?

Wielu innych, ale i z tego powodu nie jestem przekonana, że jeżeli na kiepskiej grafice będzie wartościowa treść, będziemy się tym chętnie dzielić. Kiedyś może faktycznie tak było. Sama pamiętam czasy, kiedy treść była ważniejsza. Były inne trendy w grafice. Dzisiaj na palcach jednej ręki policzę osoby, od których nie uciekam, chociaż ich grafiki ranią mój gust estetyczny. Są po prostu brzydkie!

Wiem, że to niesprawiedliwe. Jak ja tak mogę brutalnie oceniać. Taki jest świat. Uważam, że nikt nie ma prawa oczekiwać od nas obiektywizmu, zwłaszcza w kwestiach graficznych. Już się naczytałam wymówek: bo czas, bo pieniądze, bo talent, bo obowiązki, bo rodzina, bo brak chęci, bo nie mam weny, bo to trudne, bo trzeba mieć program i tym podobne. Tworzenie ładnych grafik nie różni się od robienia ładnych zdjęć.

Jak robić ładne grafiki

Kiedyś faktycznie, tworzenie ładnych grafiki było związaniem z ponoszeniem sporych wydatków. Dzisiaj mamy tyle możliwości tworzenia ich za darmo, zacznijmy robić to ładnie, a nie tylko robić!

  • Banki grafik do dostosowania – wystarczy wgrać swoje zdjęcia i wpisać teksty. Darmowych wersji jest od zatrzęsienia. Płatnych jeszcze więcej i to w tak różnych cenach, że każdy znajdzie coś na swoją kieszeń. Chociaż to akurat rozwiązanie nie jest idealne na początek. Posiadając nawet gotowca, można zrobić brzydką grafikę. Wystarczy np. źle dobrać kolory.
  • Aplikacja dobrym rozwiązaniem – tutaj trochę trudniej coś zepsuć. Oczywiście, można źle dobrać kolory i grafika nie będzie za niczym wyglądać, ale… Mówimy o aplikacji, która ma być z założenia prostsza w obsłudze niż to, co możemy zrobić na komputerze. Jest szansa na utrudnianie sobie życia, ale masa aplikacji je zdecydowanie ułatwia. Grafiki w nich wykonane, wyglądają bardzo profesjonalnie.
  • Ucz się – a w zasadzie obserwuj. Kiedy tworzymy grafikę, warto pomyśleć, co można w niej zmienić i to zrobić. Taka metoda prób i błędów, a do tego obserwacja dzieł innych, aby wprawić oko. Warto zacząć „porównywanie” swoich prac do tych mniej skomplikowanych. OK, pewnie przeczytam, że takie są nudne. Co z tego? Żeby tworzyć coś skomplikowanego, trzeba zrozumieć i umieć zauważać podstawy.
  • Nie poddawaj się – znowu to samo, trening czyni mistrza. I nawet jeżeli mistrzostwa nie osiągniemy, prace będą lepsze niż na początku. Każdy proces twórczy ma kształt sinusoidy. Warto zmobilizować się do pracy będąc nawet na jej dole.
  • Ćwicz – sama obserwacja może i wprawi oko, ale co z tego, jak ręka nie będzie słuchać? Darujmy sobie programy czy aplikacje, wystarczy kartka papieru i ołówek lub długopis. Nawet jeżeli te projekty nie staną się cyfrowymi dziełami sztuki, nasz mózg zacznie inaczej patrzeć na to, co nas otacza. Rozwój kreatywności!

Wiadomo, do niektórych zagadnień z dziedziny grafiki trzeba zapoznać się z teorią, ale nie do wszystkiego. Lepiej, aby grafika była zabawą, nawet jeżeli ma być ona naszym zawodem. Wiele zagadnień wymaga rozwiniętej wyobraźni, a zamykanie się w ramach nie pozwala stworzyć fajnych projektów.

Jest jeszcze jedna dodana wartość, kiedy zabieramy się za rozwijanie w dziedzinie grafiki. I może nie powstaną z tego dzieła sztuki. Może cały świat nie padnie na kolana przed naszą twórczością, ale… Dzięki grafice łatwiej pielęgnować w sobie dziecko i łatwiej z dzieckiem się dogadać. Grafika uczy patrzenia na pewne sprawy oczami dziecka.