Bo ja wcale nie jestem przeciwna sformułowaniu guilty pleasuer, czyli w wolnym tłumaczeniu – grzeszne przyjemności. Dobra, ale po kolei, bo i to nie znajduje się tutaj przez przypadek.

Trzeba by zacząć od tego, że to tłumaczenie jest naprawdę wolne. Uściślając gluilty to winny. Więc mamy tu raczej do czynienia z przyjemnościami, za które powinniśmy czuć się winni. Jednak co lub kto wyznacza przyjemności, za które mamy czuć się winni? Wypracowane przez lata normy społeczne, prawda?

Ja nie tylko mam swoje gulity pleasure, ja mam je nawet zaplanowane i wpisane w kalendarzu. Oczywiście nie wszystko, bez przesady z planowaniem. Nie wiem, czy te moje przyjemnością są OK względem utartych norm. Nie wiem, czy powinnam się za nie wstydzić przed światem. Wiem jednak, że są to przyjemności, które sprawiają mi najwięcej frajdy. I mimo wszystko, czasami muszę się skarcić za pozwolenie sobie na nie.

Normy społeczne a poczucie winy za przyjemności

Pracując w domu mam poczucie, że powinnam cały czas czuć się winna. Siedzę w domu, czyli nic nie robię. I sama faktycznie wpędzam się w poczucie winy, że powinnam coś zrobić, ale tylko patrząc przez pryzmat utartych norm. Bo niektórzy pracujący w domu, ciągle siedzą z nosem w komputerze i odbierają telefony, nawet na bardziej prywatnym wyjeździe. I co ciekawe, to jest postrzegane jako praca na równi z chodzeniem do niej na 8 godzin. A kiedy widzi się coś więcej niż tylko pracę? Wtedy łatwo przypina się komuś łatkę osoby bezrobotnej, mimo że dużo pracuje.

Przychodzą takie dni, kiedy mam przez 8 godzin włączony program graficzny, a efektu dla osoby z boku nie widać. To jest jeden z tych momentów, kiedy czuję się winna w odniesieniu do norm społecznych.

Może byłoby to też łatwiejsze do zrozumienia przez innych, gdyby człowiek ciągle mówił, jaki mocno zapracowany jest. Może głośno wyliczał, co ma do zrobienia. Mój błąd, siedzę i dłubię, bez publicznych rozliczeń. Przez takie ukrywanie (nie przychodzi mi na myśl lepsze określenie), nie mam prawa do odpoczynku w oczach innych. W końcu siedzę w domu, czyli cały czas odpoczywam. Poza osobami pracującymi na etacie oraz tymi w domu, ale ciągle z nosem w laptopie i widzącym na telefonie, tylko emeryt ma społeczne przyzwolenie na bycie bardzo zajęta osobą.

Nie tak dawno, bo jeszcze w zeszłym roku czułam się winna, że odpoczywam, choć według norm nie mam do tego prawa. Bolało mnie przyklejanie łatki, że dalej jestem bezrobotna. Odnoszenie się do tych norm długo nie pozwalało mi realizować swoich planów. Czułam presję, porównywania mnie do innych.

Gdzieś na przełomie grudnia i stycznia zmieniłam normy społeczne na swoje normy, aby poczucie „winy” nie ciągnęło mnie w dół. Pracuję jeszcze tylko nad tym, aby nie przejmować się tym, co mówią inni.

Gulity pleasure, ale tylko w moich normach

Kiedyś faktycznie odnosiłam swoje poczucie winy za przyjemności do norm wyznaczonych przez ogół społeczeństwa. Obecnie zdarzają mi się grzechy, za które muszę odpokutować zdrowotnie, ale… Znając konsekwencje, nie znaczy, że znowu tego nie zrobię. Mówię sobie o pewnym poczuciu winy, tylko z powodu zabiegu psychologicznego. Takim sposobem nie ciągnie mnie za często do tego, co w moich normach jest gulity pleasure.

  • Nie licząc ryb, pozwalam sobie czasami na zjedzenie mięsa czy nabiału. Ja nie jestem weganką czy wegetarianką. Ja się w ogóle pod żadne takie określenia nie wpisuje. Wyrzuciłam z jadłospisu to, po czym się źle czuję, ale to nie oznacza, że tego nie lubię. Np. boczku z grilla nie odmówię.
  • Lubię obejrzeć odmóżdżający program. Im głupszy, tym lepszy. Jak czasami nie dam sobie szansy na reset, moja kreatywność aż płacze z bólu.
  • Jeżeli naprawdę muszę powiedzieć, jaki jest mój ulubiony kolor – wybieram czarny. Fakt, że na blogu jest kolor pomarańczowy (ok, bardziej rudy), nie oznacza, że on króluje w moim życiu. Tutaj czuję się z nim świetnie, ale np. ubrania wolę oglądać, zamiast je mieć.
  • Uwielbiam oglądać bajki. Co tu więcej powiedzieć? Jak ktoś ma z tym problem względem mnie, chowam dowód osobisty głęboko w szufladzie i oglądam dalej.
  • „Marnuje” czas grając w dwie gry Facebook-owe i kolorując kolorowanki w aplikacji. Co chodzi o kolorowanki, czuje się winna. Bo ja nie mam limitu na jedną, a potem narzekam na ból rąk i karku.
  • Potrafię piosenkę lub płytę odtwarzać do znudzenia. Żeby nie drażnić innych, zakładam słuchawki. Odtworzenie 24 razy jednej piosenki bez przerwy może się innym nie spodobać. I chociaż czasami sama jestem tym zmęczona, włączam piosenkę jeszcze raz.
  • Bardzo lubię eksperymenty w kuchni. Rodzina nie narzeka, bo już nie każę nikomu zjadać tego, co jest niesmaczne. Winna się czuję, że czasami muszę jedzenie wyrzucić.

Mam swoje grzechy, za które czuję się „winna” i dobrze mi z tym. One nikomu krzywdy nie robią. Ja sobie też tą formułką krzywdy nie robię, bo działa na moich zasadach i w moich normach.