I nastały pierwsze dni kwietnia, czyli pierwszy kwartał 2019 roku został zamknięty. Ja nie dowierzam, że minęło tak mało czasu. Ilość wydarzeń przez te trzy miesiące mogłoby spokojnie zostać rozłożona na przynajmniej pół roku.

Miałam już taki intensywny początek roku i to całkiem niedawno. Wtedy jednak tak nie odczułam tego, tyle rzeczy się wydarzyło. Może to wszystko za sprawą terapii szokowej. W sumie trochę szkoda, że tego na blogu już nie ma. Tak pieczołowicie wtedy dokumentowałam „pyszne” szpitalne jedzenie. Jaki by on nie był, ale miło było dostawać chleb bezglutenowy. Dzisiaj jednak wzdrygam się na wspomnienie ilości serwowanego mięsa. Nie zrezygnowałam z niego zupełnie (zwłaszcza z ryb), ale dostawać je na 3 posiłki dziennie – nie moja bajka.

Plany

Pewnymi celami i planami gdzieś się w międzyczasie dzieliłam. Pewne są tylko na papierze i dopiero mają szansę ujrzeć światło dzienne. Wiele planów z powodu wydarzeń na początku roku musiało ulec diametralnej zmianie. Już nie jestem wkurzona, a nawet szczęśliwa z obrotu spraw, ale po kolei.

  • Regularne ćwiczenia minimum 3 razy w tygodniu. Z początku mi nie szło za dobrze, ale nastał moment z ukrytym podtekstem i teraz aż miło patrzeć na tabelkę z odhaczonym wykonaniem treningu. Obecnie moja aktywność kręci się w koło jogi i dłuższych spacerów. Choć nie ukrywam, już czekam na pogodę i możliwość pojeżdżenia rowerem.
  • Ograniczyć czas z telefonem. Podpisuję tu porażkę na całej linii. Nie ma jednak tego złego, bo pewna gra pomogła mi w pozytywnej zmianie. Poznałam trochę lepiej siebie, skąd się u mnie coś bierze i prawie zupełnie to wyeliminowałam.
  • Regularne pisanie wpisów na blog. Tutaj udało się połowicznie. Patrząc na kalendarz z planami, cieszę się, że wiele wpisów nie powstało. Bo dwie obrane przeze mnie drogi uzupełniają się, ale chcę na początek skupić się na jednej. Witaj graficzny świecie!
  • Porządki dookoła siebie. I nie mam tutaj na myśli czysto materialnej strefy. Dostałam zastrzyk pewności siebie i mam jeszcze więcej siły, aby pracować nad sobą oraz swoim biznesem. Choć to też wiąże się z porządkami otoczenia. Moja szafa aż prosi się o zerwanie ze mną sprzed dwóch lat.
  • Otworzyć sklep i newsletter. Spuśćmy na to kurtynę milczenia. Kolczyki dalej czekają na nowe zdjęcia i opisy. Mam kilka rozgrzebanych projektów, które chcę sprzedawać i wiem, że bardzo się przydadzą.

Co się wydarzyło

Skoro podsumowanie kwartału pomyślałam, że fajnie będzie to podzielić na miesiące. Każdy coś przyniósł, nie o wszystkim wypada mówić. „Nie wypada”, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Niektóre rzeczy warto zostawić dla siebie. Niektóre są zbyt niepewne, aby się nimi dzielić. Po kolei.

Styczeń

Minęło już trochę czasu, ale ja nadal nie potrafię znaleźć słów na opisanie stycznia. Ktoś „życzliwy” postanowił zniszczyć moją markę, którą od półtora roku budowałam. Całą historię już na blogu opisywałam, tłumacząc, dlaczego Pixel zmienił się w Lisa.

Maskotka lisa weszła mi na głowę.

Myślałam, przy pierwszych sygnałach, że coś się dzieje nie tak, będę mogła to odratować. Pamiętam, że nawet nie minął tydzień i było „ty musisz to wszystko usunąć”. Posty jak do tej pory nie wróciły, bo brakuje mi motywacji na ich zredagowanie. Czekają nadal, ale nie wiem, czy się doczekają. Zresztą, coraz mniej mi pasują do drogi, na której chcę się skupić w pierwszej kolejności.

Kiedy już się otrząsnęłam po włamaniu, otworzyłam swoje nowe miejsce. Do zrobienia jest jeszcze sporo, głównie w kwestii treści, ale… Statystyki pokazują, że wszystko idzie w odpowiednim kierunku. Ja też czuje się całkiem dobrze w nowym miejscu, choć nadal tęsknię za Pixelem. 

Luty

Luty upłynął głównie na pracy nad blogiem. Chyba po raz pierwszy zmarnowała tyle kartek na tworzenie map myśli. Co zabawne, wszystkie obecnie wylądowały w koszu. Ja wiem, że to nic dobrego ekologicznie, ale czasami trzeba pomyśleć bardziej egoistycznie o sobie. Od jakiegoś tygodnia zabrałam się za nową mapę myśli. Tym razem tylko z tą jedną, obraną drogą.

Widoki z Poznania.
Po lewej bloki nad Wartą w Poznaniu. Po prawej moje zdjęcie.

Luty przyniósł weekendową wycieczkę do Poznania. Pomijając wiele faktów, tak się nastawiłam na zdjęcia i lipa. Oczywiście pogoda na spacery opisała, ale słońce nie jest sprzymierzeńcem pięknych zdjęć. Zdecydowana większość jest poprzepalana. Fotomontaże co prawda ratują sytuacje, ale ile można upiększać rzeczywistość? Wolę ją upiększać w procesie obróbki.

Kolorowe kamieniczki na rynku w Poznaniu.

Na kilku kadrach przyroda pokazała swoje piękne oblicze. Przez dwa dni pogoda potrafi się diametralnie zmienić. Inne kadry były zbyt ładne po obróbce, aby je przerysowywać, dodając coś od siebie więcej.

Marzec

Najbardziej szalony miesiąc, a najmniej mam o nim do napisania. Nie chcę o pewnych prywatnych sprawach rozmawiać, choć to one pchnęły mnie do wielu pozytywnych zmian.

Marzec po krótce to znalezienie odwagi, aby wyciągnąć głowę z piasku. To miesiąc, w którym zrozumiałam, że nie da się dwóm obranym drogom poświęcać tyle samo czasu. Podjęłam decyzję, że chcę skupić się na jednej. Tej, która przynosi mi więcej radości i zapomnienie o opływającym czasie podczas pracy.

Zapomniałabym o najważniejszym, przecież 24 marca to moje 2 urodziny. Więcej wspominałam o tym, pisząc moje polecenia do Share week 2019. Z jedną rzeczą się powtórzę, a mianowicie z podśmiewania się, że jakieś wydarzenie może sprawić, że rodzimy się na nowo. Od dwóch lat sama przeżywam takie nowe narodziny. Jednej rzeczy tylko żałuję, że dwa lata temu nie uwierzyłam w siebie i nie poszłam od razu w obecnie wytyczoną drogę. Mogła być też ta druga. Nie ważne. Ważne było rozwijanie jednej z nich już wtedy, a tak jestem trochę w tyle.

Co zachwyciło

Kremy do twarzy i rąk

Kto zna mnie już od dłuższego czasu, na pewno nie raz widział u mnie w poleceniach krem RedBlocker na noc. Nie wiem, które to już moje opakowania. Krem uwielbiam i tylko czasami dodaję do niego kropelkę lub dwie jakiegoś olejku nawilżającego. Wszystko zależy od pogody. Po takim czasie i regularnym stosowaniu zauważyłam, że naczynka na twarzy są mniej widoczne i bardziej odporne na zmiany temperatur.

W grudniu zeszłego roku dokupiłam wersję na dzień. Normalnie nie używam, obecnie na zmianę z olejkiem lub łączę ze sobą. Wszystko znowu zależy od pogody i tego, co mam na dany dzień zaplanowane. Na zdjęciu jest już kolejne opakowanie tego kremu. Już sobie nie wyobrażam, nie mieć go pod ręką. Ten zielony pigment ładnie tuszuje zaczerwieniania.

Po lewej krem do twarzy RedBlocker na dzień i na noc. Po prawej kremy do rąk z Yves Rocher.

Kremy do rąk z Yves Rocher urzekł mnie zapachami i opakowaniem. Jeden już zużyłam, drugi się kończy stąd zapas. Wersja z tymiankiem fenomenalnie nawilża. Ta z wanilią niekoniecznie, ale ładnie pachnie. Pozostałe czekają na test. Kremy są bardzo lekkie i szybko się wchłaniają, co jest ich niepodważalnym plusem. Nie lubię tej tłustej powłoki na rękach, a tutaj tego nie ma.

Niepozorne kwiaty lotosu

Ciężko było się zdecydować na matę i poduszkę. Cena nie jest czymś, co zachęca do zakupu. Obecnie uważam, że to były jedne z lepiej wydanych pieniędzy w tym roku. Po 15 – 20 minutach mam wrażenie, jakbym była na prawie godzinnym masażu. Co prawda brakuje mi regularności, ale leżenie na tych igiełkach to bardzo przyjemny ból.

Kwiaty lotosu z bliska z produktów Pranamat i Pranapillow.

Nawet 10 minut leżenia na poduszce sprawia, że w nocy nie drętwieje mi ręka. A trzymanie np. stóp na macie przez jakieś 30 minut załatwia sesję męczenia się z peelingiem. Powiedziałabym nawet, że te kwiaty są lepsze od tarki.

Z Internetu

Czas na kolejne wyróżnienia, którym zabrakło miejsca w Share week. Oczywiście mogłam, je tam dopisać, nie szkodzi, że poza podium, ale… Teraz linki mają większe szanse na bycie otwartymi. Podczas tamtej akcji jest tego tyle, że człowiek ma przesyt i faktycznie tylko miejscami medalowymi zainteresowany.

Bardzo lubię podejście Aliny do planowania, organizacji. Z kalendarzy miesięcznych korzystam, ale plannera jeszcze nie testowałam. Obecnie wydrukowałam kartki i testuję, czy to rozwiązanie dla mnie. Plusem jest to, że planner nie ma dat i można zacząć z niego korzystać w każdej chwili. Poza tym podziwiam, jaką Alina przeszła drogę, aby jej produkt wyglądał tak, jak teraz. Niesamowita dziewczyna.

Kolejna niesamowita kobieta, która stworzyła swoją własną markę ubrań. Od butów po dodatki. Muszę się przyznać, że ubrania Moniki wolę oglądać na zdjęciach. Wszystko jest prześliczne, bardzo eleganckie i klasyczne. I to niekoniecznie jest mój styl obecnie. Ja nie czuję się w takim stylu swobodnie. Do płaszcza trampki pasują, ale do sukienek niekoniecznie. Czaję się jednak np. na koszule, bo to do jeansów i trampek jest idealne.

Pierwszy wpadł mi kanał Magdy na YouTube. Algorytmy mi go poleciły i przepadłam. Przeczytałam większość treści na blogu, aby zacząć testować, czy moje włosy, aby na pewno nie są kręcone. Okazuje się, że są i niepotrzebnie wkurzam się, że tak źle czasami wyglądają. Cały czas chłonę wiedzę, bawię się pielęgnacją i stylizacją. Przestało mi przeszkadzać, że włosy często żyją własnym życiem. Te loczki są urocze.

I pewnie do podsumowania można by coś jeszcze dorzucić, kwartał to szmat czasu, ale będzie nudno. Blog się super rozwija, czym jestem miło zaskoczona. Ja mam coraz więcej motywacji i zapału, aby iść obecną ścieżką. I czasami tylko jest mi przykro, że lekkie treści mają sporo wejść, a merytoryczne niewiele, ale taka nasza natura. Nie ma się czym zamartwiać i robić swoje. Same lekkie treści też mogą się w końcu przejeść. Planując każdy kolejny miesiąc mam inny zloty środek, aby nie było tu zbyt poważnie i zbyt frywolnie.