Kiedyś bardzo lubiłam pisać o planowaniu. Może to dość górnolotnie powiedziane, że o planowaniu. Bardziej chodziło o pokazanie rozrysowanych tabelek, a w szczególności jak pięknie było wszystko ozdobione. Potem uzupełnianie tego nie szło mi tak gładko. Korci mnie jednak, aby te zdjęcia jeszcze tutaj wróciły, kto wie.

Potem w zasadzie już nawet nie chciałam nic pokazywać, bo czułam się z tym źle. Co z tego, że mam pięknie ozdobione i bardzo użyteczne tabelki, skoro ich nie uzupełniam. Po całym procesie przygotowywania miesięcznej rozpiski traciłam zapał do planowania, a pisanie o tym było sporym oszustwem, w moim wydaniu. 

Potem przyszedł czas na przysłowiowe ponowne narodziny. I takim oto sposobem przez już trochę ponad dwa lata szukam idealnie skrojonego sposobu na organizację dla siebie.

Wielkie plany przez ten czas robiłam na kartkach, które ostatecznie lądowały w koszu. Nawet mi się tych kartek przed wyrzuceniem czytać nie chciało. Co zabawne, zarzekałam się, że taki bałagan idealnie się u mnie sprawdza. Co najwyżej z lekką zazdrością oglądałam piękne rozkładówki innych. Po roku rozrysowywania swoich układów nawet już ich nie kopiowałam. Tak, tylko takim sposobem można sprawdzić, czy coś u nas działa i jak to potem do siebie dopasować. W końcu całe planowanie, tak jak te pojedyncze kartki, wylądowały w koszu, a ja zaczęłam czekać na to, co przyniesie kolejny dzień.

Jako, że z planowaniem nadal jest u mnie różnie, nie będę udawać, że mam już system idealny. Moim celem jest bardziej życiowe podejście do kreatywności, o którym pisałam już na blogu. Bo tylko dzięki zabawie i nieszablonowemu podejściu, można zaleźć system, szyty na miarę.

Po co w ogóle planować

Uważam, że nie da się żyć na pełnym spontanie, czekając, co przyniesie kolejny dzień. Są sprawy, które zaplanować trzeba, jak np. wizyta u lekarza i już tylko ten fakt wymusza życie z kalendarzem. Do tego jeszcze praca, dzieci, więc od kalendarza uciec się nie da, a spontaniczne życie jest tylko pozorne.

A tak szczerze, przy kreatywnym podejściu i chęci do eksperymentowania, można żyć z kalendarzem i mieć wrażenie, że żyje się z dnia na dzień. I właśnie o takim planowaniu chcę Ci dzisiaj opowiedzieć. Mam zaplanowany praktycznie cały ostatni kwartał 2019 roku, ale nie czuję, że mam jakąś presję ilości zadań do wykonania na dany dzień. Co ciekawe, wreszcie przestałam się denerwować, że nie wyrabiam z terminami, bo wszystko mam zrobione przed czasem. Nie ma też tego, że nie mogę w każdej chwili wyjść, czy zamknąć domu i wyjechać. Żyję z kalendarzem, ale czuję, że pozwalam płynąć dniom bez planu.

Miłość do Bullet Journal

Dla mnie jako dla grafika była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nie ukrywam, moje serce skradły nieograniczone możliwości ozdabiania każdej tabelki, kartki, napisu. Skończyło się nudne prostokątne planowanie. Potrafiłam tydzień szykować rozpiskę na nadchodzący miesiąc, byle wszystko było wizualnie dopieszczone.

Po pierwszym oswojeniu się zaczęłam podglądać innych i kopiować ich rozwiązania. Ja nawet jak pokazywałam swoje tabelki, nie pisałam, że to mój autorski system. Nigdy mistrzem planowania nie byłam, więc szukałam, co się u mnie sprawdzi. Czego w planowaniu potrzebuje. Po roku nastąpił kryzys. To, co było do tej pory zabawą, stało się utrapieniem.

Przez wiele miesięcy bawiło mnie nie tylko samo rysowanie i ozdabianie, ale również skreślanie kolorami w danym tygodniu wykonanych zadań. Bo jak to wzrokowiec, ale jak wiadomo, kolory można wykorzystać też w klasycznym kalendarzu, ale… Dobrze bawiłam się przy śledzeniu nawyków czy nastroju. Posiadanie kilku kalendarzy na dany miesiąc w jednym miejscu też się dobrze sprawdzało. Tu kalendarz prywatny, za chwile blogowy i jeszcze do portali społecznościowych. Co prawda można mi zarzucić brak widocznych efektów, ale wynika to z czego innego, nie dosłownie z kiepskiego planowania.

Rozstając się z bullet journalem, czułam się źle. Czułam, że bez tego, czegoś będzie mi brakować, aby mówić o sobie grafik. Jakby rysowanie i ozdabianie tabelek było jakimś potwierdzeniem umiejętności. Zdecydowałam się postawić na coś gotowego, co też nie było dla mnie na dłuższą metę. I tak wymagało to jeszcze za dużo nakładu z mojej strona w każdym miesiącu.

Planowanie z lotu ptaka

Gdzieś tak w maju lub czerwcu tego roku uważałam, że wystarczy mi obraz planów na dany miesiąc. Przez 2 albo może 3 miesiące faktycznie to działało. Takie podejście pokazało mi, że potrzebuję szerszej perspektywy.

Okazało się, że patrzenie z przynajmniej z kwartalnym wyprzedzeniem na plany, jest dużym udogodnieniem. Miałam już wszystko zaplanowane, ale we wrześniu wpadłam w kryzys twórczy. Nie czułam chęci pisania zaplanowanych tekstów, bo tematyka mi się trochę rozjechała. Za daleko odpłynęłam od wyznaczonego nurtu. Zmazałam wszystko i po 10 oddechach już wiedziałam, że muszę się zabrać za to inaczej. Wolę postawić na treściwe teksty a rzadziej niż częściej, a byle jakie. 

Wybawieniem okazał się roczny sucho ścieralny planer od Pani Swojego Czasu. Przyczepiłabym się tylko do jakości. Po starciu tego, co było napisane, zostaje ślad i żadnym sposobem nie da się go usunąć. Bo ja miałam kilka lat temu coś podobnego, ale w formacie A4. Tam zwykły pisak ścierany chusteczka nawet po roku nie zostawił śladu, tutaj bym się zwykłym pisakiem nie odważyła pisać, ale… Będzie pretekst do wymiany, jak pojawi się nowy wzór.

Suchościeralny planer roczny od Pani Swojego Czasu.

U mnie planer wisi na ścianie, aby nie spuszczała z oczu tego, co zaplanowane jest też na kolejne miesiące. Były momenty, kiedy budziłam się na dwa dni przed, że mam np. do zrobienia pudełko do wpisu. Teraz widząc, kiedy ma się pojawić, mogę tworzyć je z doskoku w wolnej chwili. (Tak, brakuje mi też takich projektów.) Z tak dużej perspektywy, łatwiej zadbać o spójność wpisów.

Ach, ta codzienność

Zmęczyłam się bullet journalem. Miałam już tabelki, które się u mnie sprawdzały, ale nie miałam już ochoty spędzać czasu na ich rysowanie. Wiedziałam, że przyszedł moment, że potrzebuję czegoś w jakimś stopniu gotowego.

Czas bym pewnie znalazła na rysowanie, nawet pewnie i ozdabianie, ale nie mam na to ochoty. Potrzebuję widzieć rok w szerszej perspektywie niż miesiąc. Sprawy na kolejny miesiąc lądowały na jakichś kartkach czy w telefonie, a ja miałam poczucie, że zaczynam tracić nad tym kontrolę.

Zdecydowałam się kupić planer Design Your Life. W połowie gotowe rozwiązanie wydawało mi się idealne. Nawet już szerzej pisałam o tabelkach, które są w środku, jak i o samym planerze.

Kartki z planera od Design Your Life.

Po kolejnym miesiącu używania najbardziej zaczął irytować mnie brak dat. Wiem, że brzmi to zabawnie, a jednak. Oczywiście mogłam poświecić chwilę i rozpisać daty np. na dwa miesiące od razu, ale coś poszło nie tak. Zniechęcenie z powodu bullet journala pewnie się we mnie obudziło. Nigdy też nie przepadałam na kołonotatnikami. W planerze nie piszę tak dużo, ale jednak po pięciu miesiącach wiem, że to nie dla mnie rozwiązanie. 

Potem myślałam, że Asana będzie wybawieniem. Telefon i tak mam zawsze przy sobie, do tego nie marnuję tyle papieru. I tak jak przy dużych projektach jest idealnym rozwiązaniem, tak do codziennego planowania brakuje mi papieru. 

Jest jednak jedna rzecz, która od lat się nie zmienia. Potrzebuję miesięcznego kalendarza i to takiego, którego przez przypadek nie wyrzucę. Czasami muszę wracać do zapisków.

Bo bujanie w obłokach to za mało

Nie mogę się napatrzeć na mini planer z konstelacjami. Poza tym, po tych testach innych rozwiązań, doceniłam ten wyjątkowy papier w planerze. Choć kiedyś byłam sceptycznie nastawiona. Co prawda nie każdy długopis i nie każda kredka się do tego papieru nadaje, ale to już wyśrubowany przeze mnie efekt, jaki chce widzieć na papierze. Mam do niego idealne narzędzia i jestem zadowolona z efektów wizualnych.

Mini planer w konstelacje od Pani Swojego Czasu.

Wróciła mi chęć na tworzenie różnych tabelek. Na ozdabianie niemal każdej strony. Na kreatywne wyżywanie się, ale już bez presji, że muszę to zrobić, aby mieć w czym planować.

Mam miesięczny kalendarz, który co prawda nie jest w 100% gotowy, ale mnie to nie zniechęca do niego. W zasadzie mam cały kalendarz na pół roku rozpisany. A reszta mini planera? Resztę traktuje jako notes.

  • To w nim są specjalnie przygotowane strony pod nowe produkty do sklepu.
  • Jest też miejsce na pomysły nowych artykułów na blog.
  • W planerze jest cała lista pomysłów na fotomontaże do zrealizowania.
  • Na pewno znajdą się tutaj moje cele na 2020 rok oraz jakieś tabelki pozwalające śledzić mi ich realizację.
  • Mam też w nim notatki z różnych kursów, webinarów, przeczytanych książek i tak dalej.
  • I oczywiście kreatywne szaleństwo z ozdabianiem. Chociaż nowe tabelki najpierw testuję na luźnej kartce i dopiero jak się sprawdzą, lądują w planerze.

W kalendarzu, czy tym typowym planerze takich rzeczy nie miałam. W bullet jouralu były, ale i tak dla mnie gubiły się w codzienności. Tutaj mam notatki, do których będę wracać nie raz, nawet kiedy kalendarz już przestanie być aktualny. Choć i do niego czasami fajnie będzie wrócić, bo testuję na nim wiele rozwiązań.

Wiem jedno, że do typowego bullet journala już nie wrócę (chociaż kto to wie), ale gorąco zachęcam do jego spróbowania, jeżeli szukasz odpowiedniego systemu organizacji dla siebie. Boulet journal dał mi możliwość przetestowania wielu tabelek, dzięki czemu wiem, co jest mi potrzebne, a co jest zbędne jak np. śledzenie nastroju.

Na 2020 rok będę szukała gotowego kalendarza. Zdecydowanie brakuje mi planowania zadań na dany dzień czy tydzień na papierze. Zostanie ze mną planer roczny, który okazał się idealnym rozwiązaniem. I mini planer jako kalendarz i notes w jednym.

A jak jest u Ciebie? Idealna organizacja czy tak zwany spontan? A może nadal uważasz, że żyjesz z dnia na dzień, ale jednak z kalendarzem w tle?