Może część widziała, inni się dowiedzą, że na czas budowy strony nie robiłam z tego tajemnicy. Z premedytacją nie ustawiałam strony, że blog jest w budowie. Myślę, że to było też spowodowane faktem, że budowanie nie było moim kaprysem, a przykrym obowiązkiem.

Dość brutalnie przekonałam się, że proces budowania strony dla siebie jest tą trudniejszą drogą. Z jednej strony byłam klientką. Z drugiej wykonawcą. Klientka była nieznośna, upierdliwa, a przede wszystkim – nie była skora do współpracy. Przerastało ją głównie dostarczenie materiałów na stronę. I nie chodzi o jakieś 200 postów, tylko opisy i choć te 5, aby mieć jakąś bazę. Dostanie jednego wraz z opisami na podstrony, było sukcesem.

Nie wiem, czy z tego powodu, czy było nim jeszcze coś innego, ale wykonawca strasznie się ociągał. Bo rejestracja domeny – trzeba czekać. Podpięcie domeny – trzeba czekać. Wdrożenie certyfikatu SSL – trzeba czekać. Nie było sprawdzania np. po godzinie, czy już działa. Musiała minąć prawie doba, aż wykonawca łaskawie to sprawdził. Potem zrzucanie na klientkę, że to przez nią się prace ociągają.

Jeszcze do tego wszystkiego klientka nie mogła się dogadać z fotografem, fryzjerem, makijażystką. No cuda na kiju.

Chociaż powyżej opisane perypetie dotyczyły tylko mnie, podobne rzeczy można opisać w pracy z klientem. To normalne, że dogadywanie się idzie różnie, ale do rzeczy. Etapy budowania strony są uśrednione. Nie ma na to jednej słusznej drogi, która ma zastosowanie w każdym projekcie. Fakt, są pewne podstawy, bez których ciężko ruszyć z miejsca. Nie można jednak zamykać się i mówić, że tylko takie będą słuszną drogą.

Proces budowania strony

Z doświadczenia wiem, że mówienie o prawdziwych historiach innych, bez ich pozwolenia, może mieć niemiłe skutki. Więc jako zwolenniczka poparcia teorii w praktyce, moja historia strony, która właśnie oglądacie.

1: Zbieranie informacji

Chyba najtrudniejszy punkt, bo nie zawsze umiemy na samym początku odpowiedzieć na pewne pytania. Dość precyzyjne pytania. Warto wiedzieć, jakiego typu to ma być strona. Dlaczego w ogóle powstaje. Jaki ma cel, kim są użytkownicy. Fajnie też wiedzieć na początku, czym ma się wyróżniać od konkurencji.

Moja klientka wiedziała, dlaczego strona powstaje – sukces. Jaki ma cel też, ale nie miała sprecyzowanych użytkowników. Wiedziała jednak, czym chce się wyróżnić, czyli stylem przekazywania wiedzy.

2: Planowanie

Mając cały zarys, można przejść do ustalenia konkretnego planu działania. Dobrze jest wypisać sobie, co trzeba zrobić. W jakiej kolejności trzeba realizować zadania. Warto również określić konkretne daty zakończenia poszczególnych etapów.

W opisywanym konkretnym przypadku żadna umowa nie została spisana, ale to jeszcze można wybaczyć. Rozpisane kroki skończyły się w momencie nagrania motywu. Od tej pory wykonawca coś tam dostosowywał, jak mu się chciało. Nie zostało określone, w jakim terminie i w jakim stanie strona ma zostać oddana klientce. Klientka co prawda może już działać, ale wykonawca dalej pracuje, co można zauważyć.

3: Co się stanie, jeśli tu kliknę

Przyszedł czas na działanie, czyli stworzenie architektury informacji. A tak po ludzku mówiąc, na spisanie poszczególnych obszarów i tego, jakie mają się w nich znajdować treści. Chodzi o to, aby wiedzieć, co będzie się działo. Klikam tu, znajdę takie treści. Klima tutaj, otrzymam pomocnicze informacje i tak dalej.

Jest narzędzie, które nam na tym etapie może pomóc – tak zwane user flows. Nie mają określonej formy. Jak to wykonać, chyba jest dość intuicyjne. Program, kartka czy w czym nam wygodniej określić wszystko to, co będzie się działo np. po kliknięciu na coś. Przy mniejszych projektach fajnym rozwiązaniem może okazać się np. mapa myśli.

Czas na upierdliwą klientkę, która uparła się na motyw i nic już ją nie obchodziło. Bo ten wygląda ładnie i ma podstawowe rzeczy, o których mówią mądrzejsi w blogosferze. Wykonawcę zalewa krew, bo motyw co jakiś czas pokazuje nowy błąd, kiedy dodawane są kolejne treści. Gdyby były konkretne treści, można szukać motywu lub go tworzyć. Tak głównym kryterium były: ładnie wygląda i spełnia podstawowe funkcje.

4: Przygotowanie treści

Mam nadzieję, że na tym etapie już zaskoczyliście, że bez przygotowanej treści – nawet najlepszy projekt może się posypać. Wiadomo, że myśląc o blogu, nie mamy konkretne ilości tekstów a myśli. One będą powstawać, ale…

Patrząc na przykład klientki i motywu „bo ładnie wygląda”, brak konkretnej wizji przyprawia wykonawcę o nerwy. Oczywiście w gotowych motywach jest treść poglądowa, ale co nam po niej, jeżeli nie wiem, czy nam się dane guziczki przydadzą. Klientka zapomniała, że te motywy wyglądają z dużą ilością treści. A kiedy jej praktycznie nie ma? Motyw wygląda źle, a potem i tak trzeba jeszcze dużo czasu mu poświecić.

Bo jak ja jestem tylko jakimś etapem projektu, jest łatwiej. Łatwiej, nawet jeżeli nie jest się jednocześnie klientem i wykonawcą, jest z kim obgadać pewne rzeczy. Tworząc coś od zera, lepiej nie upierać się, że chcemy widzieć pusty projekt, a potem powstaną treści.

Bazując na gotowym motywie, do czego zachęcam, zamiast tworzyć od zera – mamy treści, ale…  Nie mając dobrze opracowanego projektu, ta gotowa treść, potrafi zafałszować obiektywną ocenę.

Klientka kierowała się innymi pobudkami przy wyborze. Dopiero teraz, kiedy treści są mocniej skonkretyzowane widać, jak ten motyw jest niedostosowany. Widać czego brakuje, czego jest za dużo. Jednak z racji zainwestowanych pieniędzy, wykonawca zgodził się na dalsze próby dostosowania.

5: Czas ubrać treść w grafikę

W zasadzie dopiero mając taką bazę, można usiąść do stworzenia wizualnego projektu strony lub szukania czegoś wśród gotowych rozwiązań. Przy tej drugiej opcji wiemy, co mamy, co trzeba zmienić, i że ten motyw jest zły i trzeba szukać dalej.

Ok, klientka miała historię tematów, jakie na blogu poruszała. I tak jak ona jest od sasa do lasa, tak samo został wybrany motyw. On był też wybierany w momencie, kiedy ta treść nie była tak precyzyjna. Nie mówiąc już o tym, że dobrze jest mieć na etapie projektu graficznego zbudowaną identyfikację wizualną marki.

6: Wdrożenie

Bo w cały procesie między klientką a wykonawcą jest grafik, który właśnie teraz oddaje programistom pole. U mnie zabrakło grafika, a po podpięciu domeny i SSL-a, wkroczył od razu wykonawca. U mnie ten podział jest trochę zaburzony, ale nie bez powodu. Zlecając projekt firmie, etap przekazania go do programistów, jest etapem końca współpracy i otrzymaniem faktury za niego.

Przy takich dwuosobowych współpracach, klient jest też grafikiem. Z wykonawcą bywa rożnie. Są firmy, które nas na tym etapie przygarną i wyręczą.

7: Mamy gotową stronę

I docieramy do momentu, w którym mamy już swoją stronę z początkową bazą treści. Teraz jest szansa, że klient zmieni zdanie względem drobnego elementu. Może się np. okazać, że programista inaczej widział pewne elementy przygotowanego projektu. I tak naprawdę dobrze, aby projektant widział efekt, a programista wprowadził zmiany. To, co jest na papierze, czy ekranie jako grafika, nie zawsze jest możliwe do zakodowania.

A tak naprawdę, dopiero przy użytkowaniu, można wszystko ocenić. Zaczyna się dodawanie nowych treści, rejestracja użytkowników, ewentualne zakupy i wiele innych kwestii, których w procesie projektowania strony przewidzieć się nie uda. Przydatne jest wsparcie techniczne oraz robienie poprawek na bieżąco.

Słowa końcowe

Myślę, że całkiem dobrze poszło mi pokazanie teorii w praktyce. I nawet jeżeli strony nie projektujemy w oparciu o powyższe etapy, zauważcie, że one się pojawią. To jest wpisane gdzieś w proces. Nie oczekujmy, że kiedy damy firmie potrzebne informacje i na ustalony termin dostaniemy gotowy projekt, strona spełni nasze oczekiwania.

Ja teraz pluję sobie w brodę, że przed zakupem nie przemyślałam procesu projektowania strony. Nie przeszłam przez pierwsze etapy, tylko kupiłam, bo mi się spodobał i wydawał się odpowiedni. Nie mam w planach go w najbliższym czasie zmieniać. Wiem też, że będzie widać blendy, ale… Postanowiłam skupić się na treściach, aby wiedzieć, co trzeba poprawić i tak szukać rozwiązań.