Ostatnie dwa miesiące to sporo porażek na moim koncie. Z perspektywy czasu, wiele z nich odbieram jako bardzo pozytywne kopniaki. Oczywiście, zdarzyły się też inne, ale okazały się potrzebne.

Wiem, że zabrzmiało to, jak taki hurra optymizm. Próba przekonania, że porażkami nie warto się dołować. Że warto wyciągać z nich wnioski. Że liczy się późniejsza perspektywa patrzenia. Dopisz sobie, o czym jeszcze zapomniałam w ramach tych motywacyjnych bzdur, jakimi jesteśmy ostatnio karmieni. Nie da się jednak oszukać fakt, że porażki są czasami bardzo potrzebne. Tak samo, jak i spojrzenie na nie z perspektywy dzisiaj.

Obecnie jestem na etapie „potrzebuję odpoczynku”. Głownie z powodu sklepu nagromadziło się we mnie za dużo negatywnych emocji. Doszłam do ściany, gdzie nie ma już we mnie złości czy wkurzania się, ale jest bezsilność i chęć rezygnacji. Wizja była piękna, aż do momentu jej realizacji.

Proces nie jest drogą

Tak jak poprzednie motywacyjne bzdury działają trochę, jak czerwona płachta na byka, podobnie jest ze sformułowaniem „pokochać proces”. I niby jest to oczywiste, ale ile frustracji to we mnie wywołało w ostatnich dwóch tygodniach.

Budowanie swojej marki, nauka bycia w związku, nowa praca i wiele innych rzeczy to proces. Słowo proces można zastąpić mówieniem o drodze (choć teraz wiem, że to duży błąd). Sama kiedyś (jeszcze nieświadomie) wręcz nadużywałam tego stwierdzenia. Gdzieś tam dałam się wkręcić w powtarzanie tych motywacyjnych tekstów, bez zastanawianie się nad tym, jaki mają dla mnie sens. I „nagle” jestem tu, gdzie jestem z chęcią rzucenia wszystkiego w kąt.

Drogą po prostu się idzie. Są jakieś zakręty. Są wyboje. Są do ominięcia dziury. Nigdy jednak nie pomyślałam, aby danej dziurze przypisać coś konkretnego. Dziura to dziura, a nie np. niechęć do napisania kolejnego wpisu. Przez tyle lat prowadzenia bloga, nigdy nie zastanawiałam się, po co w zasadzie moja droga ma te zakręty. Są, ok. Skręcam i idę dalej.

Dopiero w tym tygodniu, po kolejnej porażce ze sklepem, uświadomiłam sobie, że nazwanie tego procesem, bardzo dużo zmienia. Proces to są etapy, a etapy trzeba jakoś konkretnie nazwać. Na drodze był zakręt, tutaj jest etap, który ma np. etykietę tematykę bloga. Etap może mieć podkategorie. Ok, za zakrętem mogą być rozwidlenia, ale to nic nie zmienia, to nadal ta sama droga, która nie ma konkretnych nazw.

Wypisałam sobie to, co uważam ostatnio za porażki. W pewnych sprawach, jak choćby sklepu, zasięgnęłam języka. Jeżeli dalej będę się upierać, że to DROGA, można powiedzieć, że chodzę wkoło. Patrząc na wszystko jak na proces, zaczyna to się układać w jedną całość. Sporo porażek to problemy, które widziałam, ale ignorowałam, bo to tylko dziura na drodze. A teraz?

Nie ma perfekcji za darmo

Nie mówię, że jak zapłacę, będzie perfekcyjnie. Ludzka natura, że będzie chciał coś za chwilę zmieniać, bo ma inną wizję, ale… Po zasięgnięciu języka zostały mi zdjęte klapki z oczu. Przestałam się oszukiwać. Okazuje się, że do mojej perfekcji, są dwa rozwiązania. Pierwsze to zapłacenie osobom, dla których sprawy techniczne to chleb powszedni. Drugie to zajęcie się tym samemu kosztem innej pracy.

Wiadomo, że opis tego, że coś jest perfekcyjne, ulega zmianie wraz z czasem, ale przyjmijmy, że perfekcja to jedna, główna wizja.

Oba rozwiązania są kosztowne, z czego jedno już na starcie ma wycenę. Rozwiązanie z rzuceniem wszystkiego na rzecz sklepu i funkcjonowania strony, ciężko wycenić. Dopiero po czasie okaże się, ile to mnie będzie kosztować i myślę tu tylko o stronie materialnej tego wszystkiego. Wiem, że psychicznie będą wzloty i upadki. Korcą mnie oba rozwiązania, z czego przy drugim, nie chcę rzucać wszystkiego i dalej tworzyć, pisać, czyli tu zaczyna się zły perfekcjonizm.

Urlop od myślenia

Wracając do pojęcia drogi, łatwo wziąć sobie urlop od myślenia. Na rozdrożu można usiąść i nawet udawać, że rozmyśla się nad wyborem ścieżki. Można też zawrócić i udawać przed sobą, że nie ma problemu. Ile razy właśnie tak postępowałam. Bagatelizowanie faktów, bo przecież tylko złą drogę wybrałam.

Patrząc na to z perspektywy procesu, ucieczka nie jest już praktycznie możliwa, bo dokąd? Każdy proces składa się z etapów, a tego tak łatwo nie da się zignorować, więc warto poświęcić czas na rozmyślanie o tym.

Urlop od myślenia to bardzo dobry pomysł, ale… Co sama po sobie zauważyłam, nie warto brać go na siłę. W ostatnim miesiącu każdy dzień, w którym go świadomie planowałam, przynosił więcej frustracji i nerwów.

Za dużo Zosi samosi

Co ciekawe, nie przepadam za samotnymi spacerami, tym bardziej po lesie. Nie czuję się komfortowo, więc którędy prowadziła ta moja droga, że chciałam robić wszystko sama? Na tym się znam, tego się nauczę, tu szkoda pieniędzy i tak dalej. Fajnie jest umieć zrobić wiele rzeczy samemu, ale to potrafi nas bardzo ograniczać. Potrafi spowalniać i dołować.

Wracając do tych moich dwóch rozwiązań i urlopu od myślenia. Postanowiłam, że mam dość robienia wszystkiego sama. Co z tego, że się na tym znam? Wiem, że jak dołożę sobie kolejny obowiązek, znowu podejmę złą decyzję i będę się na siebie wkurzać. Dobrze jest czasami coś oddelegować innym, którzy zajmują się tym na co dzień.

Podchodzą do tej samodzielności jako do procesu, po rozpisaniu etapów, można zauważyć, co czyha na końcu. Czy napotykając na drodze kilka ścieżek, widać, co jest na ich końcu?

Łatwo zgubić cel

Nie zliczę, ile razy w ostatnim miesiącu chciałam rzucić wszystko w diabły, bo kolejny raz, coś, co robiłam, nie przyniosło oczekiwanego efektu. Kiedy dochodzi do tego jeszcze wydanie niepotrzebnie pieniędzy, frustracja wzrasta. Tylko z drugiej strony, gdyby nie to, faktycznie bym już wszystko rzuciła.

Kiedy ustaliłam ze sobą, że mam do czynienie z procesem (nie jednym), nie różnymi drogami, frustracja zaczęła odchodzić. Publikując pierwszy fotomontaż na głównym koncie Instagrama, coś ze sobą ustaliłam. Nazwanie wszystkiego procesem pozwoliło mi uświadomić sobie, że ja nie widzę siebie w innym miejscu, niż bycie artystą. Pozwoliło mi się nie poddać, a znaleźć inne etapy, aby osiągnąć cel.

Nagroda za mały krok

Nie wiem, jak Ty, ale ja mam problem ostatnio z nagradzaniem siebie za małe sukcesy. Już pal licho te porażki. Były i sukcesy, ale ostatnio ciągle mi mało. Nie szkodzi, że odhaczyłam kolejne wykonane zadanie na liście, przecież nie będę świętować, bo wyniosłam śmieci. Chodzi mi o niezauważanie drobnostek, które zbliżają mnie do sukcesu.

Pojmując wszystko jako drogę, miałam wrażenie, że cały czas się cofam. Wiesz, jeden krok w przód, dwa w tył. Proces nie ma kroków w tył. Mogę się zatrzymać na czymś, aby to rozpisać bardziej szczegółowo, ale to i tak będzie krokiem do przodu.

I ja nie mówię, że to podejście może uchronić od pomyłek i popełniania błędów. Nie jest też receptą na złe samopoczucie i uniknięcia doła przez klika dni. Proces pozwala się nie cofać. Pozwala się zatrzymać i pomyśleć albo zrobić sobie wolne od myślenia.

Moim największym przekleństwem, które nie pozwalało mi ruszyć z miejsca, było postrzeganie wszystkiego jako drogi. Pójdę tą drogą, najwyżej zawrócę. Gdzie doszłam? Kręcę się w kółko i cały czas chcę być Zosią samosią. Udało mi się też w tak zwanym międzyczasie wysłać kreatywność na zbyt długi urlop. Na swój sklep też szukałam wśród gotowych rozwiązań, zamiast podejść do tego kreatywnie.

Podejście do sprawy, jak do procesu pozwoliło mi spojrzeć na wszystko z innej perspektywy i już nie mogę się doczekać, kiedy wszystko ujrzy światło dziennie. Tym razem jednak nie będę robiła wszystkiego sama.

A Ty idziesz drogą czy traktujesz to jako proces?