sposoby na kryzys

Sposoby na kryzys, jak sobie dzisiaj radzić

Nie chcę narzekać, ale ostatnie miesiące nie sprzyjają nawet włączaniu komputera. Co prawda nie stroniłam od tego, aby zaglądać na blogi, a na Instagramie nie tylko podglądałam innych, ale również coś wrzucałam, ale… Tworzenie czegoś nowego, wartościowego okazywało się wyczynem ponad siły.

Wiem, że ten, powiedzmy, kryzys, jest związany głównie z obecną sytuacją i wcześniej, czy później uda mi się z tego wygrzebać. Niestety jednak, za każdym razem, kiedy myślałam, że już jest lepiej, nagle nowe wieści i robiło się jeszcze gorzej. Co ciekawe, nawet inne czynności były trudne do wykonania. Jedyne co jako tako się udawało, to rzeczy, które musiały zostać zrobione. Wszystko, co kreatywne – miało swoje zrywy, ale nie trwały za długo.

Oczywiście w takich momentach można zacząć „na nowo” uczyć się kreatywności. Po drugie, kreatywność można ćwiczyć, ale… Tak jak z pomysłami innych na pokonanie kryzysu, tak jak też z tymi pomysłami mam pewne problemy.

Wszystko zależy od tego, skąd kryzys się bierze. A co chodzi o samą kreatywność, przestałam być nieprzyjmującą innych rozwiązań przeciwniczką wysyłania jej na urlop. Długo się oszukiwałam, że przecież pracuję w domu, więc nic się nie zmieni. Przy pierwszej fali kryzysu uważałam, że wystarczy zacisnąć zęby i pracować. Innym się udaje, czemu mi się ma nie udać? Nic bardziej mylnego, bo ja nie jestem inni i wcale nie muszą działać na mnie uniwersalne porady. O dziwo moje rady, o których tu wcześniej pisałam, też na mnie tak do końca nie działały. Bo wszystko zależy od tego, co jest przyczyną kryzysu.

Bo też nie każdy kryzys musi być od razu równoznaczny z zawaleniem się świata i postawieniu wszystkiego na głowie. Wszystko zaczęło się tak w grudniu 2019. Zaczęło się od problemów zdrowotnych, które posypały plany w pracy. Niby dałam sobie czas, bo wiedziałam, że to nie koniec (co prawda tak złego scenariusza nie przewidziałam, ale miało być jeszcze gorzej), ale miałam do siebie wyrzuty sumienia, że nic nie robię. Jeszcze chwilę mi zajęło, ale wstałam i z chęcią zaczęłam działać. Nawet nadrobiłam sporo zaległości i znowu kop od życia. Śmierć bliskich osób jest ciężka i jeżeli wtedy coś robiłam, nie wiem, skąd miałam na to siły. Pozbierałam się i przyszedł marzec wraz z wirusem i ciągle nowymi wytycznymi, które momentami mnie zupełnie sparaliżowały.

Nie pomagały mi te wszystkie informacje o obniżkach kursów. Byłam coraz bardziej sfrustrowana, że świetne okazje przeciekają mi przez palce, ale nauka była ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę. Ten wysyp kreatywności innych też dołował. Ja leżałam i tylko patrzyłam, co inni tworzą. Przemawiała za mną czysta zazdrość. Okazało się, że te wszystkie zakazy odbiły się trochę na moim zdrowiu fizycznym (na psychicznym to oczywiste), więc z tą nutką zazdrości ewentualnie korzystałam z tego, co oferowali inni.

Sposoby na kryzys

Tak, są dość uniwersalne i nie gwarantują nagłego przypływu energii. W ogóle jej nie gwarantują, ale warto je wypróbować, bo… Potrafią częściej pobudzić do działania na dłużej.

Nic nie robienie nie jest złe

Nie jest złe, nawet jeżeli przeleżymy cały dzień. Grunt to zorientować się, co jest przyczyną kryzysu. Czasami nawet czytanie nie jest dobrym pomysłem, bo teraz jest czas i inni to polecają w takich momentach. Posłuchaj swojego organizmu i daj sobie odpocząć.

Kreatywność to nie taśma w fabryce

Jak wspominałam wyżej, co z tego, że człowiek zna sposoby na naukę, pobudzenie, czy co tam jeszcze związanego z kreatywnością? Przekonałam się, że w obliczu kryzysu lepiej dać jej urlop. Przekreślałam strasznie dużo pomysłów. Zdjęcia wydawały mi się nudne i bez potencjału. Im bardziej wmawiałam sobie, że coś nich muszę zrobić, tym bliższa byłam wyrzuceniu wszystkich.

Jeżeli urlop naprawdę nie wchodzi w grę, lepiej zadbać o kreatywność w sposób odtwórczy. Fajnym pomysłem jest np. wyszywanie, bo trzeba odwzorować gotowy obrazek. Nawet kolory są już przez kogoś dobrane. Nie praca twórcza, a odtwórcza.

Nawet brak oczekiwań

Są momenty w danym kryzysie, kiedy lepiej nie oczekiwać od siebie niczego. Dać organizmowi odpocząć z daleka od planów, o ile to możliwe, kalendarza.

Przez długi czas chciałam oszukać system i robiłam mniej lub bardziej ambitne plany, co mam na następny dzień zrobić (nawet na tydzień). W kryzysie rzadko kiedy udawało mi się odhaczyć całą listę jako powodzenie, w związku z tym zadania zaczynały się piętrzyć. Ciągle rosnąca lista wywoływała złość i stres.

Obecnie w momentach ciężkich kryzysów odpuszczam zupełnie. Potem wdrażam się lekkimi zadaniami, najlepiej niczym kreatywnym. Stopniowo sobie zwiększając ilość zadań. Kombinuję, jak je ze sobą połączyć tematycznie, aby nie pogorszyć sytuacji. Zastanawiam się, co jest priorytetem, co może jeszcze poczekać. I pewnie najważniejsze, czego wykonanie sprawia mi radość, żeby nie czuć, że pracuję.

Czas pracy szyty na miarę

W momencie kryzysu warto się zastanowić, jaka praca to priorytet. Nie każdy może sobie pozwolić na leżenie cały dzień w łóżku i czekanie, aż kryzys będzie mniej dokuczliwy. Warto się zastanowić, ile czas potrzeba pełnego skupienia i na jakie zadania, czy te zadania można jakoś pogrupować. Jak je w ciągu dnia ułożyć. Ile do zrobienia jest na wczoraj, choć często zdecydowania większość jest, ale… Warto na zadania spojrzeć z boku i zastanowić się, czy uda się coś z nich zrealizować.

Pracując w domu, też łatwo nie jest, bo można wpaść w pułapkę ciągłego odpoczynku. Przez to, że trzeba samemu się zmobilizować, nie zawsze działają patenty z priorytetami czy grupowaniem pracy w bloki tematyczne. Testowałam wyznaczanie sobie tylko 3 zadań na dany dzień. Potem umawianie się ze sobą, że pracuję godzinę, a potem zobaczymy. Nie powiem, działa, ale to zależy od tego, czym kryzys jest spowodowany i w jakim jest momencie.

Znowu się powtórzę, że najważniejsze jest zdanie sobie sprawy, z czego wynika kryzys. Kiedy się to wie, czasami przychodzi sama z siebie ochota na pracę i coś się układa. Bo najbardziej paraliżuje brak wiedzy, z czym ma się do czynienia.

Określenie rutyny

Na tym polu raczkuję, choć już wiele razy taką poradę czytałam. Czasami wstanie z łóżka i ubranie się uważam za sukces i swoją rutynę. Oczywiście mam wypisane zadania, które fajnie by po kolei dla rozruchu wykonać, ale… Nie mam do siebie pretensji, kiedy mi to nie wychodzi. Nagradzam się, jednak jeżeli danego dnia, choć połowę z tego wykonam. A jak już jest wszystko odhaczone, świętuję na całego.

Oczywiście nie jest tak, że nie mam do siebie pretensji, że z zaplanowanych np. 4 zadań na rano zrobię tylko dwa. Chwilę się posmucę, ale jutro też jest dzień. A jeżeli zdarzają mi się częściej takie dni? Modyfikuję już istniejące zadania, zmieniam, wyrzucam, dodaję coś innego. To ma być moja rutyna i nikomu do tego, że często zmieniam zdanie.

Testowanie narzędzi do planowania

Długo trwający kryzys oznacza u mnie totalną niechęć do planowania. Oczywiście ja tworzę te wszystkie tabelki, bo lubię. Rozpisuję nawet zadania, aby nie zalegały mi w głowie, ale co z tego? Jeżeli w ciągu tygodnia zajrzę kilka razy do tych planów, uważam to za sukces.

Zaczynam wtedy szukać innego sposobu na planowanie. Zazwyczaj bawię się różnymi aplikacjami. Nowe narzędzie daje mi kopa na tydzień lub dwa i mobilizuje do pracy. Potem znowu zmieniam sposób i wracam do papieru, i znowu do aplikacji. Wydaje się to chaosem, ale rozliczając jakiś odcinek czasu, jestem zdziwiona, ile udało mi się mimo kryzysu zrobić.

Obecnie moje nawyki, rutyna czy jak tam to nazwać wylądowało w dedykowanej do tego aplikacji. Kolory, wykresy i inne ozdobniki mnie chwilowo mobilizują. Może się jednak okazać, że za miesiąc zmienię zdanie i poszukam inny system. Nie ma w tym nic złego ważne, że działa.

I ostatnia rzecz – skąd ten kryzys

Będę to powtarzać do znudzenia, bo bez poznania przyczyny to walka z niewidzialnym wrogiem. I nawet przeczytanie tysiąca porad nie pomoże. Wypróbowanie wszystkich może tylko pogorszyć stan kryzysu. Bez poznania przyczyny można tylko frustrować się dalej, mobilizować do działania i czekać aż samo przejdzie. Są szczęściarze, którym takie rozwiązanie pomaga, ale znowu nie ma co się załamywać, jeżeli my do nich nie należymy.

Jakie są sposoby na kryzys?

Po poznaniu przyczyny w zasadzie każdy chwyt na „walkę” dozwolony. Sama po sobie widzę, że nawet dbanie z wyprzedzeniem, aby do kryzysu nie doprowadzić, nie musi dać efektu. Są momenty, kiedy trzeba wylogować się do odosobnionego pokoju, odpuścić wszystko i poczekać.  Powyższe sposoby, jak i wiele innych w sieci są super, ale nie za wszelką cenę. Warto próbować, szukając swojego sposobu na kryzys. Choć uparcie będę powtarzać, że najważniejsze to dowiedzieć się, skąd, od czego pochodzi, z czym jest związany nasz kryzys.

Jeśli masz ochotę, napisz mi w komentarzu, jak Ty sobie radzisz z takimi momentami. Z przyjemnością poczytam.

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
6 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Matka na Szczycie
3 miesięcy temu

Jak dla mnie, sposób na kryzys jest taki, jak i na wszystko inne – rozsądek i równowaga, bez popadania w skrajności 🙂

Krystyna 7.8
3 miesięcy temu

Kryzys obecny dotyczy wszystkich, więc nie jesteśmy samotni. Czasami jest tak, że jest kryzys tylko nasz prywatny i wtedy naprawdę jest się samemu….. wtedy gorzej. Serdeczne pozdrowienia znad sztalug malarskich przesyła Krysia

Polenka
3 miesięcy temu

U mnie również pojawił się mały kryzys – mało pozytywnej energii, dlatego nie miałam ochoty publikować na blogu. Ratowały mnie kreatywne zlecenia na kanały klientów, gdzie mogłam się artystycznie wyżyć. Inne plany odpuściłam i na szczęście powolutku wszystko wraca do normy 🙂

Klaudia Jaroszewska
3 miesięcy temu

U mnie własnie testowanie nowego sposobu planowania. A to, ze wprowadziłąm niedziele dla siebie (na relaks i odpoczynek) bardzo pobudziło moją kreatywność 🙂