Ciężko schować się przed światem i udawać, że Walentynki nie istnieją. Chociaż jeszcze w grudniu, jak na singiel-kę przystało, wzdrygałam się na dźwięk słowa na „w”.

Planując w styczniu posty na nadchodzący czas na blogu, wpisałam tapetę na Walentynki. Wtedy jednak było mi z tym nie po drodze i sądziłam, że będę musiałam mocno zmusić się do jej zrobienia albo zupełnie z tego pomysłu zrezygnować. Zbiegło się to wszystko akurat w czasie, kiedy zostałam zmuszona do usunięcia całej swojej marki. Jak tu kochać świat?

Zanim zaczęłam budować nowe miejsce, na kartce pojawiły się ciekawe pomysły na tapetę z okazji Walentynek. I tak po kilku pomysłach doszłam do wniosku, że warto przemyśleć swoje nastawienie do tego święta. I nie chodzi o to, że gdybym kogoś miała, czekałabym na kwiaty, romantyczną kolację i tym podobne rzeczy. Po prostu ten symboliczny napis „kocham cię” na pluszowym serduszku miałby pełniejsze znaczenie w ten dzień. Czego bym nie napisała, brzmi tak, jak bym tylko w tym dniu chciała wyznawać miłość drugiej osobie.

Z niechęci przeszłam w stan objętości. Skoro inni Walentynki lubią, mogę coś ładnego zrobić. I takim sposobem zaczęłam przenosić z kartki na komputer pierwszy projekt. Na kartce wyglądał znacznie lepiej. Zaczęłam przenosić kolejny pomysł, też mi się nie widział. I tak kilka razy, aż zrozumiałam, że mi po prostu nie odpowiada połączenie niebieskiego – wody – z czerwonym – sercem. Te z pozoru nieudane projekty sprawiły, że doszłam do wniosku, że mogę nawet polubić Walentynki, choć jestem samotna. Dzięki temu powstała minimalistyczna i najładniejsza tapeta.

Tapeta na Walentynki

Co prawda nie mogę powiedzieć, że przeszłam od nienawiści do miłości do Walentynek, ale miałam ochotę kupić coś sobie w tym roku. Kwiaty to taki standard. Marzyło mi się balon w kształcie serca napełniony helem. Przeziębienie postanowiło zamknąć mnie w domu i została tylko tapeta na telefonie.

Grafika komórki z tapetą na walentynki na wyświetlaczu.

Puentując tapetowe rozterki

Nie zawsze trzeba zmieniać punkt siedzenia, aby zmienić punkt widzenia. W tym roku siedzę na tym samym krześle, bo mój status się nie zmienił i jeszcze jestem singiel-ką. Zmienił się jednak mój punkt patrzenia i polubiłam się z Walentynkami. Chociaż będąc sama, nie pójdę w ten dzień do restauracji czy kina (i tak nie przepadam za filmami romantycznymi). Nie wybiorę się też na zakupy, aby nie oglądać par chodzących za rękę. Czasami lepiej nie patrzeć na to, czego się nie ma, a bardzo chciałoby się mieć.

I nie zrozummy się źle. Nie chodzi o to, że jestem przeciwna życiu w pojedynkę. Ja pisze to tylko w odniesieniu do swojej osoby. Trochę mi smutno bez tej przysłowiowej drugiej połówki. Bo ja wolę się posmucić chwilę i otrzeć ewentualną łezkę, niż szukać kogoś na siłę. Życie może napisać jeszcze ciekawy scenariusz.

ALE, ALE! Patrząc na plany biznesowe, blogowe i wszystko, co wkoło tego – w tym roku po drodze mi ze Świętym Walentym.

Follow my blog with Bloglovin