Zbliża się takie wyjątkowe dla mnie święto. Jeszcze jednak nie zdradzę, o co konkretnie chodzi. Pomyślałam, że fajnie będzie tytułem wstępu porozmawiać o popełnianych błędach.

Te błędy nie są związane tylko z projektowaniem. Ze zleceniami dla klientów. One są też bardzo życiowe. Powiedziałabym nawet, że dotyczą dnia codziennego. Takie trochę unikatowe prawdy, już wielokrotnie powtarzane.

Zarządzanie? Planowanie? A co to takiego?

Wiele lat zmarnowałam na wiszeniu w próżni, a wszystko przez złe zarządzanie. Często powtarzałam sobie, że mam na wszystko jeszcze dużo czasu. Że ze wszystkim zdążę. Pomijam już fakt, że na studiach uczyłam się na ostatnią chwilę. Różnego rodzaju inne projekty też były zazwyczaj na ostatnią chwilę. Z tego, co przypominam sobie na szybko, tylko kalendarz robiłam z zapasem czasowym. Choć pewnie, gdyby nie szedł do druku, powstałby na ostatnią chwilę.

Zostając na blogowym podwórku, też niczym specjalnym pochwalić się nie mogę. Co prawda do dzisiaj zdarza mi się robić coś na ostatnią chwilę, ale potrafię sobie odpuścić, nie jak kiedyś. Tylko potem mam lawinę odpuszczania, bo terminy mi się nie zgrywają. I jeszcze więcej pretensji do siebie z tekstem, że jestem beznadziejna. Nawet już nie chcę sobie wyliczać, ile kiedyś lat tak zmarnowałam.

Branie każdego zlecenia

Był moment, kiedy liczyłam, czy finanse się zgadzają. Temat mi nie leży, dam radę, bo płacą. Zupełnie inna tematyka, niż sobie założyłam? Biorę, bo zapłata mnie zadowala. Przy pewnych projektach zaczęłam trzeźwieć, dopiero kiedy spadły stawki.

Potem wcale nie było lepiej. Tak bardzo chciałam, aby portfel był mi potrzebny, że tworzyłam oferty od sasa do lasa. Może tu wpadnie kilka groszy, a może tam się uda zarobić. W ostateczności wychodziło tak, że nic nie wychodziło. Co ciekawe, nie wyzbyłam się do końca popełniania tego błędu. Moje wyznaczone dwie drogi czasami się rozjeżdżają, a ja wpadam w dziurę i znowu zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd. I tak jak kiedyś, łapię się wszystkiego, bo może choć jedna z dróg przyniesie zyski.

Uczenie się wszystkiego naraz

I w tym momencie muszę napisać, że człowiek niekoniecznie uczy się na błędach. Tak, o uczeniu się wszystkiego naraz nie mogę pisać tylko w czasie przeszłym. Znowu oczom ukazują się moje dwie drogi, które mają być idealne równocześnie. Pewnie znajdą się osoby, które dadzą sobie radę, ale ja tracę motywację do rozwijania obu.

Staram się teraz motywować jakimiś projektami typu 365, czyli np. codziennie zdjęcie. Albo 52, czyli jeden fotomontaż na tydzień. W konsekwencji przez swoje niezdecydowanie tylko wszystko planuję, zamiast działać. Bo to mi nie pasuje. Bo tamto mi przeszkadza.

Konsekwencją chęci nauki wszystkiego od razu są obszary, w których nie ruszyłam z miejsca. Zrobiłam zero postępu. I nie jest tak, że mnie to już nie interesuje. Ja tylko rozmieniłam się na takie drobne, że liczenie zajmuje tak dużo czasu, a efekt nie jest odczuwalny. Nadal jest kupka groszy.

Wieczne niezadowolenie z siebie

W zasadzie byłam wręcz zbyt zadowolona z siebie. Przecież moje projekty są tak świetne, czemu inni je krytykują. Tak naprawdę, nie przypominam sobie, abym była chwalona za rysunki. Najbliżsi nie są dobrym źródłem szukania opinii, ale są momenty, że jedynym. Wszystko, co robiłam, było „ok”. Potem podczas użytkowania czegoś, okazywało się, że dany projekt ma dużo błędów, ale nikt nie chciał mi o nich głośno powiedzieć. Opinie były ewentualnie potem, ale takie, aby mnie nie urazić.

Obecnie przez to „ok” brakuje mi wiary w siebie. Jestem zadowolona z projektów, ale bez szału, do czego zostałam przyzwyczajona. Ja nie podchodzę do swoich prac bezkrytycznie. I chociaż spora część opinii jest subiektywna, lubię poznać czyjś punkt widzenia.  Tylko opinię klienta na temat tworzonego dla niego projektu uważam na obiektywną. Tego byłam od zawsze świadoma i nie obrastałam (nie obrastam) w piórka, jak coś miałam poprawić. Nasz klient nasz pan.

Nie wyznaczanie granic

Potrafiłam prace wziąć nawet ze sobą na spotkanie. Ja i tak wiedziałam, że będę miała chwilę dla siebie, bo komuś coś pokazuję, a potem osoba działa sama. Co będę siedziała po próżnicy? Miałam ze sobą pracę, a że terminy goniły, czułam się usprawiedliwiona. Mogłam się w tym czasie ponudzić albo bezkarnie pograć, ale ja wolałam nadgonić pracę, aby potem mieć na nią jeszcze więcej czasu. Nie wiedziałam, co robić z wolnym czasem, a nie lubiłam nic nie robić.

Większość czasu pracowałam (z resztą tak jest do tej pory) w domu. Z jednej strony praca, z drugiej obowiązki domowe i nagle wieczorem okazywało się, że nic nie zrobiłam. Owszem, rodzina najedzona, ale praca odłożona na kolejny dzień. Obecnie nie mam skrupułów i tylko w dzień oczekiwania na kuriera, telefon jest blisko mnie. Kiedyś nie wyobrażałam sobie go nie mieć, a co dopiero wyłączyć, bo co jeżeli ktoś coś będzie ode mnie chciał. Potem się doczekiwałam listy życzeń.

Wyjątkowe święto

Na dniach zdradzę, co to za święto. Ono jest takie moje prywatne, ale nie o to chodzi. Pisząc dzisiejszy wpis, zauważyłam, że mimo wielu wprowadzonych zmian, jeszcze nie ze wszystkim się rozprawiłam. I nie wiem tylko, czy się cieszyć, czy jednak być załamaną, że coraz wyraźniej widzę, skąd pewne popełniane błędy się wzięły. Nie zawsze wynikały z mojej bezpośredniej winy.

Na to wyjątkowe święto zrobię sobie jeden wyjątkowy prezent i przestanę uczyć się wszystkiego naraz. Oczywiście nie przewrócę teraz wszystkiego do góry nogami, ale kilka cytatów mądrzejszych od siebie wisi na szafie, aby nie zapomnieć, na czym powinnam skupić swoją uwagę w pierwszej kolejności.