Dawno, dawno temu tworząc strony internetowe, nie mówiło się o czymś takim, jak użyteczność (usability). Pamiętam, z czasem znienawidzonego, Pajączka, w którym za sprawą magicznych formułek powstawała strona.

Człowiek nie tylko sam pisał kody, tworzył też grafiki – czasami w programie Paint. Kto takie pamięta? Samemu tworzyło się treści na tę stronę. Z czasem zaczęła się zmniejszać ilość zadań należących do jednej osoby. Ludziom zaczęły być potrzebne strony do treści, które tworzyli. Przez lata następował rozłam, na coraz więcej wąskich specjalizacji. Wraz z tym, rosła ilość etapów, które trzeba przejść, aby naszym oczom ukazał się gotowy produkt.

I cała ta historia wcale by tak strasznie nie brzmiała, gdyby nie nasza potrzeba nazewnictwa. Jakoś trzeba nazywać etap prac, osób, które się nimi zajmują. Oczywiście większość nazw nie jest w języku polskim, a nawet jeżeli mają swoje odpowiedniki, nie wypada ich używać. Wionie niebyciem profesjonalistą. To trochę jak z matematyką, jeżeli znamy fachowe nazewnictwo, nie potrzeba znać biegle jerzyków, aby jakoś tam się dogadać.

Czasy współczesne

Coraz częściej mówi się, że np. strony czy aplikacje oraz wiele innych rzeczy jak chociażby usługi mają być Ustability, czyli użyteczne. W parze idę również takie sformułowania jak user-friendly – użyteczny dla użytkownika, czy usable – po prostu użyteczny.

W roku 1998 w normach ISO, a dokładnie o numerze 9241 zostało opisane, czym jest użyteczność. I tak oto możemy przeczytać, że jest to miara określająca stopień, w jakim produkt może zostać użyty przez użytkownika do zrealizowania określonego celu w sposób efektywny i satysfakcjonujący.

Zapełnianie niszy

Skoro powstała dziedzina zwana użytecznością (usability), potrzeba było kogoś, kto np. wyznaczy jej elementy. Taką osobą jest Jakob Nielsen, współzałożyciel jednej z największych firm konsultingowych w dziedziny User Expierences.

Wedlu niego na użyteczność składają się następujące elementy:

  • Nauczalność (learnability) – jak łatwo posługiwać się stroną, podczas korzystanie z niej po raz pierwszy.
  • Skuteczność (effeciency) – przyjmujemy, że użytkownik zna już interfejs strony. Pytanie, z jaką łatwością przyjdzie mu wgranie do niego np. zdjęcia.
  • Zapamiętywalność (memorability) – czy użytkownik powracający na stronę, pamięta jak z niej korzystać, czy zaczyna naukę od początku.
  • Błędy (errors) – ilość błędów, którą popełnia użytkownik podczas np. zamawianie jakiegoś produktu. Jak dana strona komunikuje wystąpienie błędu.
  • Satysfakcja (satisfaction) – czy użytkownik uważa, że strona jest przyjemna, przyjazna w odbiorze.

Pomijając fakt, że niektóre sklepy mają odstraszający wygląd. Człowiek zostaje tylko dlatego, że szuka bardziej specjalistycznego produkty i nigdzie indziej go nie ma. Zauważam, że przy takich stronach proces składania zamówienia idzie w parze z wyglądem, czyli jest skomplikowany. Nawet ja mam problem z zamówieniem, a nie uważam siebie za laika. Oczywiście, kiedy wracam po dłuższym czasie, aby dokonać ponownego zakupu, znowu robię wszystko po omacku.

A może olać użyteczność?

Przy omawianiu kwestii związanych z budowaniem stron, już wytknęłam błędy, jakie popełniłam u siebie. Najprościej rzecz ujmując, zapomniałam, że strona ma zrobić użytkownikowi dobrze. Nie mi ma być na niej wygodnie, nie ma się podobać tylko najbliższym mi osobą, które pytałam o zdanie. Ma być dla użytkownika – czytelnika, klienta. Szewc bez butów chodzi, zapomniałam o podstawach UX (User Experience), czyli zbiorze doświadczeń, z którymi wiąże się korzystanie ze strony.

Postanowiłam rozbudować menu. Miałam spisanych menu z wielu stron i szukałam złotego środka w ilości kategorii oraz podkategorii. Nie znalazłam! Nie wiem, czy to bardziej moje obeznanie, czy to zależy od tematyki, ale są miejsca, gdzie wygrywa dla mnie prostota, a w innych pewnie ze 30 lub więcej pozycji mi nie przeszkadza. Oczywiście mam tu na myśli blogi, nie sklepy ze sprzętem elektronicznym.

Obstawiam, że nie tylko mi zdarzyło się, wyjść ze strony, bo nie była użyteczna. Jak wspominałam, mogę się przemęczyć tylko przy specjalistycznych produktach, ale… To nie powinno być wymówką dla twórców takich stron, że nie trzeba zadbać o to, aby była przyjazna dla użytkownika. Zdarzają się też takie blogi, gdzie machnę na to ręką, jestem dla osoby, która tworzy treści.

Sprawdzanie użyteczności strony

Trochę teorii, trochę doświadczenia, jak już wspominałam, nie jestem do końca zadowolona z użyteczności mojej strony. Przyznaję, że jestem trochę zawiedziona tym, jak wygląda sklep. Jak więc zbadać stronę?

W pierwszej kolejności warto zajrzeć w statystki strony. Wiem, że najczęściej sprawdza się głównie ilość unikatowych użytkowników, ale tam jest tego znacznie więcej. Najbardziej popularne jest Google Analytics, w którym warto zajrzeć w zakładkę, z jakich stron, następuje wyjście z witryny.

Znając swoją grupę docelową, możemy poprosić kilku użytkowników, o wypróbowanie strony. Test na żywym organizmie (śmiech). Można przetestować tak na przykład rejestrację, proces zakupu produktu, wyszukiwanie czegoś. Praktycznie to, co w danym momencie potrzebujemy sprawdzić. Ważnym sygnałem zwrotnym są napotkane ewentualnie problemy.

Przy dużych serwisach warto pomyśleć, o zleceniu takich testów jakiejś firmie, która się w tym specjalizuje. Poniesione koszty, mogą szubko się zwrócić.

Usability na koniec

Warto rozmawiać, pytać, obserwować zachowania i, co ciekawe, porównywać się z innymi. Przede wszystkim, warto spojrzeć na wszystko oczami użytkownika, czego ja nie zrobiłam przed ostatecznym wyborem motywu. Patrząc teraz z tej perspektywy, nie uważam, że strona jest nieużyteczna, ale…

Chętnie poznam Wasz punkt widzenia. Napiszcie w kondemnatach, co myślicie na temat użyteczności mojej strony.