Nadeszło przymusowe nowe. Nawet nie wiem, od czego zacząć. Mam do powiedzenia tysiące rzeczy, ale jak chcę je spisać, przestają układać się w zdania.

To nowe nie jest z mojej winy. Nie tyle winy co kaprysu, bo nie podobała mi się poprzednia nazwa. Fakt, że trochę zajęło mi oswajanie się z nią. A kiedy nastała zgoda i mówienie tym samym językiem, ktoś postanowił mi ją odebrać. I to najbrutalniej jak tylko można. Aby napisać starą nazwę, muszę kluczyć, kombinować, bo wyszukiwarki mnie mogą z nią połączyć. A połączenie równa się śmierci również tej nowej.

Może faktycznie, podejmując tematy wiązane z pozycjonowaniem stron, warto sporo doświadczyć na sobie, ale…

Zawalił mi się świat

Początek stycznia okazał się jednym z trudniejszych momentów w moim życiu. Łatwiej poradziłam sobie ze wszystkim, co na mnie spadło, kiedy wylądowałam w szpitalu niż teraz. Tym razem ktoś „życzliwy” postanowił zniszczyć moją markę.

Pewnie długo żyłabym jeszcze w błogiej nieświadomości. W końcu postanowiłam w święta zrobić sobie przerwę od bloga. Jakoś zaraz po Nowym Roku dostałam mail, że ktoś zweryfikował sobie prawo do mojej witryny w Google Search Console. W jakiejś dziwnej panice próbowałam zalogować się do WordPress-a. Co prawda to nie miało w tym momencie sensu, ale odkryłam, że ktoś zmienił do niego login i hasło.

Powinnam zaznaczyć na początku, że kiedy to się działo, strona mieszkała u innego hostingodawcy.

Zaczęło do mnie coś w końcu dochodzić. W tym amoku napisałam do osób, które świadczyły mi hosting. W ciągu dwóch dni wysłałam 3 maile, na które nie dostałam odpowiedzi. Dopiero po moim monicie i kilku mniej miłych słowach na czacie, łaskawie otrzymałam znikomą pomoc. Niby zaczęło wszystko działać, a ja zmieniałam dalej hasła wszędzie tam, gdzie ten sam mail podałam do logowania. Bezsensowne działanie, ale po kolei.

Miałam w tym roku ogłosić otworzenie newslettera. Zabrakło tylko pola do zapisu na blogu. Kiedy zalogowałam się do programu, który to umożliw, zobaczyłam wiadomość, że konto jest zablokowane, bo rozsyłam spam. Co ciekawe, ja nie wysłałam żadnej wiadomości z maila, który był z programem połączony. Ktoś wysyłał w moim imieniu wiadomości z adresu, którym nigdzie się nie chwaliłam?

Nie minęły dwa dni, znowu został zmieniony login i hasło do WordPress. Tym razem zmieniłam tylko hasło i zostawiłam logi, bo pisanie do obsługi było wodą na młyn. Zaczęło do mnie dochodzić, co się dzieje.

Moment krytyczny to mail z informacją, że Google odkrył, że moja strona tworzy treści typu spam. Wtedy wszystko złożyło się w jedną całość. Pogrzebałam jeszcze trochę i czarno na białym miałam informację, że padłam ofiarą hakera. Ktoś włamał się do plików strony na serwer! Komuś bardzo zależało na tym, aby mnie zniszczyć, uciszyć. Jestem pewna, że firma świadcząca wtedy hosting, maczała w tym palce.

Hasła trzymam w bezpiecznym miejscu w zeszycie. Loguję się tylko z jednego laptopa, który ma płatnego antywirusa. Nie miałam tysięcy wejść na stronę i milionów dochodu, aby komuś opłacało się do mnie włamywać. Ktoś się mnie boi. Ciekawe tylko, komu firma świadczy takie usługi.

Teoria spotkała się z brutalną praktyką, czyli zostałam zmuszona do skasowania całej swojej marki. Kiedy Google posądzi o spam, praktycznie strona jest skończona. Pomijając fakt, że zbyt długo zajęło mi zrozumienie, co się dzieje, ja nie wiedziałam, gdzie został wklejony kod śledzący.

Kto mnie aż tak nie lubi?

Miałam duże wątpliwości, czy aby na pewno zaczynać od nowa. Tyle razy już wszystko zmieniałam. Bałam się (nadal się obawiam), że nowa nazwa będzie odebrana jako mój kaprys.

Czułam, że zostałam na lodzie, że zostanę wyśmiana i już nikt nie będzie mi wierzył. Czułam, że to znak i czas na koniec. Że lepiej nie rozdrapywać ran, przepraszam, próbować je za wszelką cenę zszywać. Chciałam zniknąć z każdego miejsca w sieci. Zabrakło mi siły, aby zaczynać wszystko od nowa. Dopiero po kilku rozmowach i litrach wylanych łez, zaczęłam wstawać z kolan.

Postawiłam, że spróbuję jeszcze raz. Że nie dam się uciszyć. Że będę głośno mówiła o tym, co mnie spotkało. Że już nie będę umniejszała w słowach, opisując to, na czym się znam. Że wrócę z podniesioną głowa. Że mimo nadal krwawiących ran będę walczyła.

Co z tym nowym miejscem?

Jak na razie mam w planie więcej spontaniczności w kwestii pisania. Bez ciągłego patrzenia w kalendarz, jaki termin znowu zawaliłam. Po tym brutalnym doświadczeniu mam jeszcze więcej do powiedzenia w sprawie budowania i pozycjonowania stron. Chcę poruszyć tutaj też artystyczne tematy, bo to ma ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Najgorsze w tym wszystkim, że przez moje wcześniejsze działanie, nie miałam za bardzo na kogo liczyć. Kiedy wszystko runęło, w zasadzie nikt nie zapytał, co się stało. Ten fakt nie dodawał skrzydeł, aby się nie poddawać. Jednak jestem i chociaż nie jest jeszcze różowo, i mam więcej upadków niż wzlotów, walczę.

Trzymam maskotkę lisa w kubku.

Jeszcze jedna nieprzyjemna sytuacja, kiedy teoria zderza się z praktyką. Kto pamięta, jak kiedyś pisałam o tym, co wyszukiwarki uważają za plagiat? Po tym całym szoku doszło do mnie, że to, co opublikowałam pod starą nazwą, muszę napisać od nowa, aby tutaj to było. Wyszukiwarki pamiętają dokładnie tamte treści i mogą mnie zablokować, jeżeli tutaj pojawią się te same. Słowo w słowo skopiowane.

Pomału wszystko się odblokowuje. Jest nowa nazwa. Szalony jak na mnie kolor. Udało mi się napisać nowe opisy. A w zasadzie zredagować stare, ale nie chowając tym razem głowy w piasek. Powstały nawet zdjęcia, na których chcę się uśmiechać. Nawet nieukładające się włosy mnie nie powstrzymały.

Trzymam dwie maskotki lisa w rękach.

Zabawne jest to, że mam poczucie, że to wszystko było we mnie od dawna. Że był pomysł. Że była cała zbudowana marka, ale bałam się głośno o tym mówić, bo co inni powiedzą. Boli tylko, że nie mogę tego rozwijać pod starą nazwą. Teraz za to lis będzie mnie gryzł, jak będę miała głupie pomysły. Już wszedł mi na głowę, aby zaakcentować fakt, że wygrał.

I chociaż wszystko runęło w gruzach, nie poleciałam zmienić nazwy firmy. Nie mogę tego zrobić. Mam do niej zbyt duży sentyment, bo to dzięki niej odnalazłam swoje miejsce. To ten Pixel wyznaczył mi drogę, jaką mam podążać. A Kolor dał odwagę, aby tą drogą podążać.

Obecnie hosting jest w zupełnie innej firmie. Znalazłam swoje Zen i wiem, że tutaj nawet przy absurdalnych problemach otrzymam pomoc.

Skoro jestem takim zagrożeniem, nie pozwolę się uciszyć! Nie tylko mam wiedzę, ja potrafię ją przekazać. I nie zrezygnuję z tego, aby tłumaczyć fachowe zagadnienia, odnosząc je do codzienności. Chcę, aby to było zrozumiałe i przyjemne, a nie wydumane. Jeżeli komuś się to nie podoba, pokażę, gdzie są drzwi i pozwolę nawet nimi trzasnąć. Będę szła pod prąd i  już dzisiaj jestem pewna, że mnie nigdzie nie zmyje!